W moim idealnym świecie istnieją tylko second handy i upcyklingowe marki – wywiad z Sylwią, założycielką Rags Queen

archiwum prywatne Sylwii

W świecie zdominowanym przez szybkie kolekcje i jeszcze szybsze trendy coraz częściej zastanawiamy się, czy naprawdę potrzebujemy tylu nowych ubrań. Sylwia Alabrudzińska – założycielka marki Rags Queen – pokazuje, że moda może powstawać z rzeczy już istniejących. Jej projekty rodzą się z ubrań znalezionych w second handach i materiałów wcześniej uznanych za niepotrzebne. W naszej rozmowie opowiada o idei upcyklingu, prowadzeniu marki w świecie fast fashion i tworzeniu ubrań z duszą.

Zapowiedz siebie!

Jestem Sylwia i prowadzę Rags Queen – markę, w której przerabiam niepotrzebne ubrania i wprowadzam je ponownie do obiegu w nowej odsłonie. Kocham męskie marynarki, oversize, błysk i materiały z historią. Łączę etat z szyciem, a pracownia to moje ulubione małe miejsce na ziemi. Robię modę intuicyjnie, po swojemu. Sama nosiłabym wszystko, co przerobiłam lub uszyłam.

Co sprawiło, że postanowiłaś przerabiać ubrania z drugiej ręki?

Zawsze chodziłam po lumpach, jeszcze wtedy, kiedy nie było to postrzegane, jako coś modnego, jako miejsce, w którym można znaleźć oryginalne i unikatowe ubrania, czy zadbać w ten sposób o planetę. Dla mnie było to naturalne, bo nie miałam jakoś dużo kasy, a tu mogłam znaleźć zawsze coś niezwykłego – wyróżnić się. Moje całe doświadczenie zawodowe to praca w modzie. Kilka dobrych lat temu założyłam swoją pierwszą markę. Szyłam wtedy oversizowe i uniseksowe ubrania z naturalnych materiałów. Dużo błędów, nie ten moment i szybko się zwinęłam, bo nie czułam tego na 200%. Mimo to, dużo mnie to doświadczenie nauczyło. Wróciłam wtedy do pracy na etat, w sektorze drugiego obiegu i zatraciłam się tam w pełni. Wiedziałam, że z tym połączę się na dłużej.

archiwum prywatne Sylwii

Otworzyłam vintage sklepik na cudownym Nowym Bazarze Różyckiego – och, to był wspaniały i kolorowy rok. Łaziłam w nieskończoność po lumpach i znajdowałam same unikaty, poznałam świetnych ludzi. Cudowny czas. Czegoś jednak mi brakowało. W jednym z second handów znalazłam kolejną męską marynarkę (mam na ich punkcie pewną obsesję i zdecydowanie mam ich za dużo w szafie, ale kolekcjonuję i chodzę w każdej), w domu zauważyłam, że ma dziurkę na rękawie. Wyciągnęłam lekko zakurzoną maszynę do szycia, odprułam rękawy i przyszyłam do nich dziko fioletowy materiał, również z drugiego obiegu. Poczułam, że to jest właśnie to – drugi obieg i szycie. Od razu przerobiłam drugą marynarkę, rozstawiłam jakieś tło w mieszkaniu, nagrałam rolkę i wstawiłam na mojego Instagrama. Znalazły swoich odbiorców od razu. To utwierdziło mnie w przekonaniu, że jest to moja droga – dawać nowe życie zapomnianym rzeczom. Ale, żeby nie było tak kolorowo, bo to nie jest amerykański sen, przez ten rok, kiedy prowadziłam sklepik vintage, niestety wydałam większość swoich oszczędności, więc było jasne, że muszę wrócić na etat, żeby móc realizować swoją pasję. I tak, w tym momencie łączę pracę na etacie, z prowadzeniem Rags Queen.

Czy widzisz w upcyclingu nadzieję, czy raczej próbę ocalenia pięknych materiałów z przeszłości?

Jedno i drugie. Ratuję świetne tkaniny, ale też wierzę, że to realna alternatywa dla ciągłej produkcji nowości. To nie nostalgia – to świadomy wybór. Na świecie jest mnóstwo zasobów w postaci materiałów, tkanin. Strasznie przeraża mnie świadomość tych badań, że mamy na świecie wyprodukowanych tyle ubrań, że mogłoby się w nie ubrać 6 kolejnych pokoleń. W mojej głowie to po prostu logiczne – ok, to nie kupuję nowych, bo wszystko jest już wyprodukowane. W moim idealnym świecie istnieją tylko second handy i upcyklingowe marki. Zabawne jest też to, że moda jest cyrkularna – zobaczcie na trendy – przecież ciągle wracamy, w kółko, do lat 80, 60, teraz 2000 i na podstawie mody z tamtych lat powstają nowe ubrania. Lubię trendy, ale wtedy korzystam z tego, co już zostało wyprodukowane. Szukam ubrań w tych stylach, po prostu w drugim obiegu.

archiwum prywatne Sylwii

Myślisz, że przerabianie ubrań może realnie wpłynąć na ograniczenie fast fashion?

Sam upcykling niestety nie zmieni systemu, to musi się zmieniać od największych, a to niemożliwe. Fast fashion to ogromna machina produkcji i konsumpcji. Myślę, że upcykling ma wpływ na ludzi – odkrywając go, zaczynasz inaczej patrzeć na ubrania. Nagle zaczynasz widzieć nie produkt, a materiał, historię, potencjał. A to może zmienić decyzje zakupowe. Dla mnie upcykling działa trochę, jak dobry wirus świadomości – jedna osoba zaczyna od chodzenia po second handach, potem druga zaczyna naprawiać, przerabiać, kupować mniej, i to ma już realny wpływ.

Nie jestem też zwolenniczką zrzucania odpowiedzialności, jedynie na konsumentów. Wiem, jakie są realia i często łatwiej jest wydać komuś jednorazowo 30 zł na nową bluzkę z siecówki, niż kupić rzecz od marki czy projektanta, która jest o wiele droższa. Tutaj bardziej myślę o ilościach, że takich bluzek w ciągu roku kupisz więcej, ponieważ ich jakość często nie pozwala na długie lata użytkownika, bo szybko się niszczą. Dlatego, ja traktuję ubrania trochę, jak inwestycję. Nie mam ich jakoś bardzo dużo, ale chcę żeby te, które wybrałam były ze mną, jak najdłużej. Wybieram naturalny skład materiałów, zwracam uwagę na pochodzenie, to, gdzie zostały uszyte, piorę je w niskiej temperaturze, wirowanie ustawiam na niskie obroty. Dzięki temu kupuję jedną droższą bluzkę, ale nie muszę jej wyrzucić po jednym sezonie. Szukając marynarek, czy tkanin do Rags Queen, ogromną uwagę zwracam dokładnie na to samo, bo chcę, żeby moje projekty przetrwały kolejne lata i cieszyły ich nowych nabywców, jak najdłużej.

archiwum prywatne Sylwii

Cieszy mnie też to, że widzę ten trend – powstaje mnóstwo marek zajmujących się upcyklingiem albo konta na socjalach, które prowadzą osoby, pokazujące, jak przerobić t-shirt z lumpeksu na bluzkę, która jest w trendach i to jest ekstra, kocham to. I z drugiej strony, mam wrażenie, że ludzie chcą się wyróżniać przez ubrania i szukają czegoś innego, unikatowego. Mam też klientów, którzy sami znajdują materiały w drugim obiegu albo mają marynarkę, którą darzą sentymentem i tak powstaje coś (nie)nowego, ale w 300% ich. Więc, czy upcykling ograniczy fast fashion? Sam nie, ale wierzę, że największa zmiana zaczyna się w głowie i mam nadzieję, że te kiedyś zajdą w tych głowach wysoko, tam, gdzie my nie dosięgamy.

Czy odzież produkowana kiedyś była rzeczywiście lepiej uszyta i skonstruowana niż ta powstająca obecnie?

Była. Ale ważniejsze pytanie to dlaczego była? Dawniej ubrania projektowano z myślą o tym, że mają służyć latami, a nie na jeden sezon. Tkaniny były też lepszej jakości. Wynikało to głównie z tradycyjnych metod produkcji, mniejszej ilości chemikaliów itp. Solidniejsze konstrukcje, więcej ręcznej pracy i większy szacunek do samego materiału. Dziś produkcja jest szybsza, tańsza i podporządkowana skali, więc jakość często schodzi na drugi plan. To nie znaczy, że każde stare ubranie jest lepsze, a każde nowe złe. Ale kiedy biorę do ręki dobrze skrojoną vintage marynarkę, czuję różnicę od razu. Ciężar, podszewka, naturalny skład, sposób w jaki trzyma formę. Niesamowite jest to, jak podczas przerabiania marynarek, zaglądam do ich wnętrzności i tam dzieje się magia. Widać, jak wiele elementów składa się na jej formę. Dlatego tak lubię pracować z ubraniami z drugiego obiegu, bo często zaczynają swoją drugą historię z bardzo solidnej bazy.

archiwum prywatne Sylwii

Uważasz, że mamy moralną odpowiedzialność za to, co kupujemy i nosimy?

Myślę, że tak, ale bez biczowania się. Odpowiedzialność to świadomość i wybory, nie perfekcja. Obejrzałam bardzo dawno temu dokument, który miał na mnie ogromny wpływ i przyczynił się do zmiany mojego postrzegania mody. A może po prostu bardziej świadome do niej podejście. Polecam każdemu, „The True Cost” o tym, jak część jednej ze szwalni marek fast fashion w Bangladeszu, Rana Plaza, zawaliła się, a managerowie, kazali ludziom na innych piętrach zostać i dalej pracować. Po tym tragicznym wydarzeniu na świecie zaczęły powstawać organizacje mówiące głośno o tym, jak naprawdę wygląda moda od tej drugiej strony, jak Fashion Revolution. Strasznie jest to przerażające. Pamiętam – chyba to też z tego filmu – kojarzycie, jak co roku są ogłaszane najmodniejsze kolory? Była tam taka scena, w której mówiono, że jeżeli chcesz wiedzieć wcześniej, jaki kolor będzie modny w przyszłym roku, przyjedź do Indii, pobądź w pobliżu szwalni i zobacz jaki kolor mają rzeki… Już nawet nie mówię, o pieniądzach, jakie zarabiają ludzie w szwalniach, braku przestrzegania czasu pracy, higieny pracy, ogólnych warunkach, które często są niebezpieczne dla zdrowia pracowników. Mnie to strasznie przeraziło i skoro moją pasją jest moda, to mogę zrobić tu więcej, pokazywać drugi obieg, który jest oryginalny, przepełniony świetnej jakości materiałami i co najważniejsze, nikogo nie krzywdzi. To mój wybór i jeżeli mogę, namawiam do niego innych.

Gdzie według Ciebie kończy się „potrzeba”, a zaczyna „nadmiar”?

W momencie, gdy kupujemy, żeby coś zagłuszyć, a nie dlatego, że naprawdę tego potrzebujemy. Szafa pełna, a „nie mam się w co ubrać” – to właśnie tam. Też tam byłam. Miałam taki epizod w swoim życiu, że kupowałam ciągle nowe ciuchy, ciągle mi było czegoś potrzeba, ale to nie było o tym. Teraz mam w swojej szafie same moje ulubione ubrania, w których kocham chodzić i chodzę w nich non stop. O to właśnie mi chodziło, mówiąc wcześniej, że dla mnie zakupy ubrań to inwestycja, bo chce mieć po prostu ciuchy, które lubię, chodzić w nich często i czuć się dzięki nim, dobrze, wygodnie, atrakcyjnie – to jest cool. Dodatkowo, jak masz mniej w szafie, to masz też mniej zastanawiania się, co na siebie włożysz, bo masz mniejszy wybór.

archiwum prywatne Sylwii

Da się być etycznym konsumentem w świecie fast fashion?

Da się być bardziej świadomym. I to już jest ogromna zmiana. Nie chodzi o zerojedynkowość. Kiedy ja myślę „o czymś nowym” albo wiem, że czegoś potrzebuję, moją pierwszą myślą jest drugi obieg, polskie marki. Prawdą jest też, że pierwsze moje prace w życiu to były stanowiska w centrach handlowych i unikam ich. Bardzo nie lubię chodzić po sklepach. Uważam, że marnuję tam czas. Dodatkowo centra handlowe są zaprojektowane tak, abyś przeszedł przez jak największą ich część. Często trzeba pokonać spory kawałek, a po drodze coś z witryny może wpaść Ci w oko, zanim w ogóle uda Ci się wyjść z centrum handlowego. Nie lubię też mieć poczucia, że to wszystko ma nade mną władzę – reklamy, witryny, zapachy. A przypominam, idąc tam, nie miałeś takiej potrzeby. I wiem, to śmieszne, bo sama reklamuję swoją markę, ale właśnie z tym mam ogromny problem, bo ja nie chce nikomu wciskać rzeczy. Chcę tylko przekonać, pokazać, że można inaczej, że drugi obieg jest cool, że warto. Warto sprawdzić samemu, a jeśli nie będzie spełniało oczekiwań – zwrócić. A może to polubisz, może upcycling to coś dla Ciebie.

Jakiej zmiany w myśleniu o modzie najbardziej dziś potrzebujemy?

Żeby przestać traktować ubrania jak jednorazówki. Moda to proces, relacja, historia, nie tylko nowość. Przypomniała mi się historia, którą gdzieś, kiedyś przeczytałam: wiecie, że reklamówki plastikowe zastąpiły papierowe torby na zakupy, ponieważ były jednorazowe właśnie, szybko się rwały, raczej po jednym użyciu były do wyrzucenia. Plastikowa reklamówka, zajmowała mało miejsca, można było ją nosić w kieszeni – miała być wielorazowego użytku. Teraz znowu odeszliśmy od reklamówek i wróciliśmy do papierowych toreb. Myślę, że ważne jest to, jak używamy rzeczy. Reklamówki były dla nas jednorazowe i zaśmieciły planetę. Widzę tu ogromną analogię do mody i sposobu, w jaki z niej korzystamy. Kupujmy to, czego naprawdę potrzebujemy, co naprawdę nam się podoba (nie podążając ślepo za trendami), w czym czujemy się ekstra i dbajmy o te rzeczy, a na pewno posłużą nam latami.

archiwum prywatne Sylwii

Jakimi wartościami kierujesz się w swojej marce?

Autentyczność, szacunek do materiału, wolność wyboru i brak presji. Rzeczy mają być prawdziwe – tak jak ludzie, którzy je noszą. Moje motto marki to „clothes one of a kind just like you”. I tak myślę o swoich projektach są unikatowe – większość tylko w 1 sztuce, ale też stają się naprawdę wyjątkowe, dzięki osobie, która je wybiera, bo to Twój styl nadaje im niezwykłości.

Nasze ubrania mówią coś o nas, zanim jeszcze się odezwiemy?

Dla mnie ubrania przede wszystkim pokazują jedno: czy ktoś czuje się w nich dobrze. I to widać od razu! Zanim padnie jakiekolwiek słowo. Bo kiedy jesteśmy w czymś, co jest niewygodne, albo „nie nasze”. to ta niewygoda wychodzi w postawie, ruchach, energii. A kiedy czujemy się sobą, pojawia się pewność, luz, naturalność i to jest kluczowe. Ja mam bardzo prostą zasadę: jeśli czegoś nie czuję, to po prostu w tym nie wychodzę. Ubranie musi ze mną współpracować, a nie mnie zmieniać. Dlatego myślę, że ubrania mówią o nas najwięcej wtedy, kiedy są naprawdę nasze.

Chciałabyś na koniec przekazać coś naszym Czytelniczkom i Czytelnikom.

Less is more. To moje życiowe motto. I tak we wszystkim, naprawdę. To zawsze się sprawdza. Nie musicie mieć więcej. Wystarczy spojrzeć inaczej na to, co już macie, pokombinować i docenić.

Zachęcamy Was do obserwowania profilu Rags Queen na Instagramie.

Zapraszamy także do przeczytania innych Rozmów.