Muzyka jest ponad podziałami, ale ludzie lubią nas dzielić – wywiad z Karo Glazer

fot. Bite Of Me

Karo Glazer to Artystka, która jakiś czas temu postanowiła zamknąć pewien muzyczny rozdział i podążyć własną, niezależną ścieżką. Na co dzień udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych – wystarczy tylko znaleźć odpowiedni koncept na siebie i swoją przyszłość. Unikatowe podejście sprawiło, że twórczość Karo została doceniona przez czołowych światowych producentów, a muzyka dociera na rynki zagraniczne. Jak zmieniło się podejście Artystki do muzyki, na przestrzeni ostatnich lat? Co spowodowało, że nawiązała współpracę z producentem zespołu Metallica i w jaki sposób chce wspierać kobiety rozwijające się w branży muzycznej?

Zapowiedz siebie! 

Nazywam się Karo Glazer. Jestem artystką, wokalistką, producentką muzyczną, kompozytorką. Mam to szczęście, że obdarowana zostałam 4-oktawową skalą głosu, co pozwala mi bardzo diametralnie zmieniać style, które wykonuję. Dla mnie muzyka to jest jedna wielka piaskownica, gdzie nieustannie eksperymentuję i się bawię. Nie ma dla mnie czegoś takiego jak gatunek muzyczny. Uważam, że muzyka jest jedna. 

Twoja twórczość to doskonale potwierdza. Z czego to wynika? Chciałaś się na nowo zdefiniować jako Artystka? Czy po prostu miałaś taki kaprys?

Według mnie to zawsze idzie w parze. Przede wszystkim wracam – i to jest mocny powrót, ponieważ przez pewien czas nie mogłam w ogóle wydawać pod swoim nazwiskiem. Miałam nieszczęsny kontrakt fonograficzny, dlatego przestrzegam wszystkich młodych twórców przed pochopnym podpisywaniem umów. Obecnie mogę powiedzieć, że jako niezależna artystka, z niezależną wytwórnią i niezależnym managementem, realizuję takie marzenia i zadania, jak zawsze chciałam.

„Black Sun” nie jest żadnym wielkim skokiem w bok. To muzyka, którą tworzyłam, zanim zaczęłam zajmować się jazzem. W moim życiu zawsze było dużo rock’n’rolla, bo wychowywałam się na muzyce mocno woodstockowej – Hendrixie, The Doors, Led Zeppelin. W klubach nazywali mnie Janis, kiedy zaczynałam śpiewać. Potem, wybierając naukę muzyki, naturalnie skłoniłam się ku jazzowi. Jednak nigdy nie byłam klasycznie jazzowa i tego też nie czuję. Nigdy nie czułam się dobrze w śpiewaniu standardów jazzowych, chociaż też to robiłam. Uważam, że do standardów jazzowych trzeba dorosnąć. „Black Sun” to tak naprawdę moje głośne „nie!”. To wręcz krzyk sprzeciwu, który kieruję do wszystkich. Pytam: czy naprawdę chcemy jako ludzkość być tu, gdzie jesteśmy? Czy chcemy oddać algorytmom pełnię władzy – nawet nad tym, czego słuchamy? Znalezienie świadomego słuchacza, naprawdę świadomego, jest dziś niezwykle trudne. Większość ludzi po prostu uruchamia jakąś playlistę i muzyka „leci”. Czy właśnie tacy chcemy być? Czy po to walczyliśmy o nowe technologie, by stać się biernymi konsumentami treści, które narzucają nam algorytmy?

Super, że rozmawiamy o tym w gronie trzech kobiet. Uważam, że istnieje bardzo duży problem w świadomości kulturalnej kobiet, zwłaszcza muzycznej. Jestem feministką, wspieram kobiece inicjatywy i kobiece problemy są mi bardzo bliskie. Jednak jestem absolutnie załamana poziomem świadomego odbioru muzyki wśród kobiet. Często słuchają one tego, czego słucha ich mąż lub dzieci, rzadko świadomie wybierając, czego chcą słuchać i jakie płyty kupują. To jest dla mnie naprawdę przerażające.

Dlatego postanowiłam wrócić – silna, mocna, wiedząca, czego chcę. Mam już za sobą wiele lat doświadczeń w branży i wiem, jak to wszystko działa. Połowa, a może nawet większa część mojego katalogu muzycznego nie jest dostępna, ponieważ moja wcześniejsza wytwórnia zabrała wszystkie prawa. Dopiero niedawno udało mi się je odzyskać, więc planuję wznowienie moich wcześniejszych materiałów. Głośno mówię: przestańmy udawać, że wszystko jest w porządku i zacznijmy mówić, jak jest naprawdę.

fot. Bite Of Me

Uważasz, że kobietom jest trudniej w tej branży?

Absolutnie! Kobietom w tej branży jest trudniej. Ja osobiście mam to szczęście, że nigdy nie odczułam tego w dużym stopniu. Mam osobowość, która pozwala mi nie czuć kompleksów z powodu tego, że jestem kobietą. Jestem dość twarda, wiem, czego chcę, i cenię profesjonalizm. Są to, wbrew pozorom, cechy stereotypowo uznawane za męskie, dzięki czemu łatwo dogaduję się z mężczyznami. Większość moich przyjaciół to mężczyźni i całe życie pracuję w ich towarzystwie, w którym czuję się świetnie. Jednak nie każda kobieta ma taki zestaw cech jak ja, przez co wielu dziewczynom jest naprawdę dużo ciężej. Wiele z nich jest bardzo wrażliwych. Ja, kiedy było mi przykro, potrafiłam to schować w sobie i nie dać po sobie poznać. Nie wszyscy mają tę umiejętność. Rozmawiam z wieloma dziewczynami, które są załamane tym, jak wygląda sytuacja. Gdy śledzę różne kobiece inicjatywy na świecie, nie mogę uwierzyć w skandaliczne statystyki: kobiet producentek muzycznych jest zaledwie 2,5% na całym świecie. Tylko! Kobiety występujące na scenach to zaledwie 12,5%.

Dlatego cieszę się, że mogę robić to, co robię, i obserwuję, jak coraz więcej dziewczyn podejmuje podobne działania. Obecnie współtworzę projekt Akademia Blockchain Songwriting, w którym mamy 40 uczestników, z czego 22 to dziewczyny. Dla mnie to jest ogromne „wow”! Być może wpływ na to miało również to, że byłam twarzą tego projektu i go promowałam. Sam fakt, że dziewczyny stanowią większość uczestników, jest dla mnie czymś niesamowitym. Właśnie dlatego powołałam do życia MUSIC IS HER NAME, fundację wspierającą kobiety – kompozytorki, producentki i ekspertki muzyczne. W Polsce dziewczyny wciąż czują się bardzo samotne, a takie wsparcie mam nadzieje pomoże im w odnalezieniu się w tej trudnej branży.

Myślę, że nie tylko w muzyce kobiety czują się osamotnione…

Miałam kiedyś przyjaciela, który powiedział mi coś bardzo ważnego – że są kobiety, mężczyźni i muzycy. Zgadzam się z tym, że przede wszystkim są po prostu muzycy – twórcy. Sztuczne podziały na kobiety i mężczyzn w muzyce są bardzo szkodliwe, ponieważ w pierwszej kolejności liczy się to, że jesteśmy twórcami. Zawsze powtarzam, że gdybym urodziła się mężczyzną, robiłabym dokładnie to samo, co robię jako kobieta. Śpiewać czy grać można niezależnie od płci. Oczywiście, kobieca i męska wrażliwość różnią się od siebie, ale nie róbmy z tego wielkiego problemu.

Jednym z problemów, jakie zauważam u kobiet, jest to, że często nie potrafią przewodzić. W Polsce mamy albo kobiety, które są bardzo bitchy, przewodzą, ale robią to w bardzo niefajny sposób i przez to źle traktują facetów albo dziewczyny, które są jak szare myszki. Brakuje równowagi. Staram się pokazywać swoim studentom, że balans jest kluczowy. Każdy, niezależnie od płci i wieku, ma prawo do wyrażenia swojego zdania. Niestety, oprócz problemu nierówności płci, coraz częściej zauważam również ageizm w biznesie muzycznym. Mam wielu znajomych, którzy debiutowali po czterdziestce i spotkali się z negatywnymi reakcjami. Dlaczego? Świat nie należy wyłącznie do dwudziestolatków.

Biznes muzyczny się zmienia, podobnie jak odbiorca. Niestety, zmiany te nie zawsze idą w dobrą stronę. Dzisiejszy odbiorca jest często nieświadomy, korzysta z gotowych playlist w serwisach streamingowych, zamiast świadomie wybierać, czego chce słuchać. Równouprawnienie powinno dotyczyć każdego – i płci, i wieku. Staram się o tym głośno mówić, zarówno w muzyce, jak i na co dzień. Przez to, co robię, staram się edukować ludzi, aby wyzwolić ich z mitu, że showbiznes polega na tym, że pojawi się jakiś pan, który w Ciebie uwierzy i zapewni Ci wielką karierę. Słyszałam to tyle razy w życiu, że mam już tego dość.

Emanuje z Ciebie ogromna siła! Co za tym stoi? Jak wyglądała Twoja droga, że dziś nie boisz się mówić otwarcie o tym, co czujesz?

Każdy z nas ma swoją drogę. Ja jestem młoda – muzyka wspaniale konserwuje ludzi. Nadal mam w sobie ciekawość dziecka i czuję, jakbym dopiero zaczynała swoją muzyczną przygodę. To właśnie ta ciekawość trzyma mnie przy muzyce, bo wciąż widzę, ile jeszcze nie umiem. Branża zmienia się nieustannie, pojawiają się nowe gatunki i trendy. Aby być naprawdę w środku tego świata, trzeba traktować muzykę jak lifestyle. Jest to swego rodzaju filozofia, religia – jak zwał, tak zwał.

Mam na swoim koncie historie, których wielu polskich artystów nie doświadczyło. Często, gdy je opowiadam, spotykam się z niedowierzaniem. Jestem jednak przykładem na to, że Polacy mogą działać na międzynarodowych rynkach bez kompleksów. Trzeba tylko odpowiednio się przygotować i obrać dobrą strategię. Mój debiut nie był łatwy. Kiedy nagrałam pierwszą płytę, żadna polska wytwórnia nie chciała jej wydać. Postanowiłam działać na własną rękę – wysłałam swoje płyty do wytwórni zagranicznych, z którymi marzyłam współpracować. Z dwudziestu kilku wysłanych egzemplarzy odpowiedziały dwie, a ostatecznie podpisałam kontrakt z niemiecką Jaro Medien. To był mój pierwszy muzyczny dom, a mój menedżer, Ulrich Balß, nauczył mnie świadomego podejścia do muzyki i biznesu.

W Polsce kończyłam wtedy wydział jazzu, gdzie uczyli mnie, że jazzowa diva, powinna wyglądać jak diva. Tam się nauczyłam, że niezależnie jaki gatunek śpiewam, mogę być sobą i wyjść na scenę w jeansach. A jeśli chcę, to wyjdę w miniówie. Pamiętam taki koncert na największym niemieckim jazzowym festiwalu – Schleswig-Holstein Musik Festival. Odbywało się to w sali, w której wszyscy pragną zagrać i ja tego dnia zapomniałam tej wielkiej sukni. To było lato, więc zaśpiewałam wtedy na boso i w jeansowej minispódniczce. Nigdy w życiu nie sprzedałam tylu płyt, co po tym koncercie, bo po prostu byłam sobą. W Polsce słyszałam coś zupełnie innego. Dostawałam rady co można, czego nie można. Tam jest inny vibe, inny mental.

Polska wersja tej płyty wyszła dobrych parę miesięcy później, jak Polacy się zorientowali, że jeżdżę po Europie i gram koncerty. To jest bardzo smutne, że jako naród tak bardzo w siebie nie wierzymy. Często słyszałam, że to jest „za dobre jak na Polskę” i „jestem taka amerykańska”. Czyli my tak źle o sobie myślimy, że nie możemy mieć tak dobrych produktów? Czy nasze marki nie mogą stworzyć tak dobrej muzy, aby znalazło się na światowych playlistach? „Black Sun” jest obecnie grany w USA. Największy hype jest obecnie w Teksasie i to jest jednak możliwe. BBC również zagrało mój numer i są kolejne plany na to, co będziemy w Londynie robić. Powiem więcej, byłam w jednym sklepie w Londynie, z płytami – ponieważ ten utwór wyszedł na 7 calowym winylu – i wyszedł do mnie szef tego sklepu i zapytał „Wy jesteście z USA, nie?”, bo ta płyta jest dystrybuowana przez Amerykanów. Nie zorientowali się, że jestem z Polski, ponieważ nikogo to nie obchodzi. Muzyka jest ponad podziałami, przekonaniami, ale ludzie lubią nas dzielić.

A nie uważasz, że szufladkowanie pod względem gatunków muzycznych to trochę „zasługa” mediów i odbiorców? Dzięki temu jest poniekąd łatwiej ją definiować.

Pewnie, jest łatwiej. Uważam tak również ze strony producenta. Dlatego jako twórca musisz wiedzieć, do kogo kierujesz swoje treści. Natomiast tak szczerze myślę, że to nie chodzi o gatunek muzyczny. Dla mnie to jest bardziej energia. Jeśli mam energię rewolucji, to będę grała punk, robiła mocne utwory, bo mam w sobie taką emocję i jej pragnę. Gdy czuję, że jest miło, przyjemnie, to bardziej sięgnę po coś, co niesie za sobą chillout. Jeżeli chcę się poczuć fajnie, to sięgnę po pop, bo to wesoła muzyka. Zapomnieliśmy, że gatunek to nie subkultura i ubranko, w które ubieramy muzykę. Gatunek niesie dużo więcej w sobie. Mówi do czego służy ta muzyka. Jaka jest jej rola społecznie. Zapominamy o tym, że soul music, w Polsce absolutnie niepopularny typ muzyki, jak sama nazwa mówi, to muzyka duszy. W związku z czym, nie może być śpiewana tak, jak pop. I teraz pytanie – dlaczego „Black Sun” jest takie jakie jest? Ponieważ mam ochotę na trochę energii, która mówi „dość, stop!”. Jeżeli mam w sobie wyrzut, to nie mogę zrobić tego frazą, która jest miła. Melodia daje zupełnie inny vibe. Topline to połączenie energii oraz wiadomości do świata. Na całej mojej płycie nie będę krzyczała, a moja historia ma wiele kolorów. W muzyce chodzi o mówienie ważnych rzeczy dla Ciebie, z nadzieją, że to zarezonuje z innymi. A niestety radio lubi piosenki, które lecą, zlewając się ze sobą, żeby nas nie wybijać z robotycznego flow. I tu się zaczyna robić problem.

Jak w takim razie odnosisz się do trendów w muzyce, które są dopasowane do algorytmów?

Umiem też w taki sposób pisać i również to robię. Ja do tego podchodzę bardzo okej, dlatego, że to pobudza kreatywność. Żeby dobrze napisać piosenkę, trzeba sobie założyć pewne ramy. Kreatywność nie rodzi się w momencie, kiedy mogę wszystko. Mnie to kręci, bo rozwiązuję zagadkę i krzyżówkę. Aby piosenka naprawdę była kompozycją, trzeba wziąć ją na warsztat. Dla nowych songwriterów robię takie zadanie – gram dwa te same akordy, zapętlam je na 4 minuty i proszę, aby napisali mi smutną i wesołą piosenkę na tych akordach. Da się! Ale ogranicza im to możliwości, więc muszą być kreatywni. Inną sytuacją jest gdy ludzie tworzą piosenki pod briefy, bo to się sprzeda, więc robią copy-paste tego, co już leci w radiu. To jest skuteczne i rzeczywiście takie utwory trafiają na playlisty. Nieskuteczna jest dziś oryginalność i to, co ja teraz mówię, więc właściwie strzelam sobie w kolano. Artysta, który szuka i chce zrobić coś innego – zwłaszcza na polskim rynku, to jest artysta absolutnie niepotrzebny. Potrzebny dla ludzi o otwartym sercu i głowie.

Czy tu się w ogóle nie wypacza znaczenie słowa „artysta”?

Absolutnie się z tym zgadzam. Umówmy się, tworzenie nie zawsze musi płynąć z serca, bo może też płynąć z konceptu. Mamy dużo muzyki konceptualnej i naprawdę nie każdy kompozytor pisze z serca. W ogóle uważam, że nadużywamy słowa „artysta”. Rzemiosło – najpierw jest rzemiosło. Na początku jest się wykonawcą, performerem. Ja jestem z zawodu kompozytorem, a nie każdy kompozytor to artysta. Żeby być artystą trzeba dotknąć geniuszu. A niestety to jest trudne. Wszyscy myślą, że jak cokolwiek ktoś napisze, to już jest artystą. Brak tutaj autorefleksji. Tym bardziej że usłyszeć dziś dobry utwór jest naprawdę trudno. Mamy do czynienia z nadprodukcją muzyki… Nie wszystko co się napisze, musi być wydane. Szymborska większość swoich wierszy, wyrzucała do kosza. Bardzo mało ujrzało światło dzienne. Znam tylko dwie osoby, które siadają i od razu piszą genialne teksty. Cała reszta po prostu jest w procesie pisania i to jest okej. Tak również twierdziła Szymborska. Tworzenie polega na tym, że kończę płytę i myślę, co z nią dalej zrobię. Szukam porozumienia z moim odbiorcą.

fot. Bite Of Me

Spadł poziom twórców, a tworzenie muzyki jest bardziej dostępne. Każdy może kupić sobie Ableton, zrobić copy-paste i ma podkład pod prosty raps. A dla algorytmu, ten prosty raps jest tak samo wartościowy, jak inny utwór, do którego ktoś zaangażował 100-osobową orkiestrę. Nie wartościuję tu ani jednego, ani drugiego. Jednak prawdopodobieństwo, ze ktoś zrobi shit z orkiestrą, której zapłaci, jest dużo niższe, niż w pierwszym przypadku. Kiedyś, trzeba było mieć chociażby budżet na CD. Wtedy się człowiek zastanawiał, czy go stać i czy to ma sens. Przychodziła też autorefleksja, że być może nie jest to takie dobre, jak nam się wydaje.

W jaki sposób w ogóle odkrywasz muzykę?

Przede wszystkim słucham dużo muzyki. Aby tworzyć dobrą muzykę, muszę analizować twórczość innych artystów. Najczęściej sięgam po winyle. Ostatnio weszłam do sklepu w Londynie i znalazłam białego kruka, winyl Brittany Howard. Zdziwiłam się, bo była to nigdzie niedostępna sesja live. Dużo młodych artystów przysyła mi również mnóstwo nowych rzeczy do posłuchania. Staram się być na czasie z tym, co jest dzisiaj hot. To nie jest tak, że jestem odrealniona. Przywiozłam ostatnio mnóstwo winylowych płyt, które kupiłam, a pamiętam je z dzieciństwa i teraz odkrywam w nich nowe rzeczy. Natomiast jestem fanką winyli, bo rytuał i sound tej muzyki jest niezwykły. Niektóre płyty są nie do zniesienia w wydaniu cyfrowym, a na płycie winylowej brzmią niesamowicie, jak np. „Tutu” Milesa Davisa. Poza tym jestem założycielką kolektywu RED PRODUCERS, czyli firmy tworzącej muzykę, współpracujemy z ponad 20 producentami i cały czas wymieniamy się jakimiś nowymi utworami. To chyba jest klucz do sukcesu, by otaczać się ludźmi, którzy słuchają dobrej muzy. Warto też otworzyć się na inne gatunki. Techno nie jest moje, ale pewnego dnia powiedziałam mojemu chłopakowi, że chcę iść na hard techno party. W życiu nie byłam na czymś takim, ale chciałam to przeżyć, aby wiedzieć z czym mierzą się osoby, które przychodzą do mnie z taką energią. Nie mów, że czegoś nie lubisz, jeśli nie spróbujesz tego posłuchać i przeżyć.  

Wracając jeszcze do „Black Sun”, jak doszło do nawiązania Twojej współpracy z producentem zespołu Metallica?

„Black Sun” został wyprodukowany przy udziale Flemminga Rasmussena, producenta zespołu Metallica, który pracował przy albumie „Master of Puppets”. Nie przepadam za tym zespołem i mówię o tym otwarcie. Flemming doskonale o tym wie i nie ma z tym problemu. Po prostu to nie jest muzyka, która do mnie przemawia. Niemniej jednak Flemming stworzył z nimi klasykę, co jest niesamowite. Sami nie zdawali sobie z tego sprawy – po prostu świetnie bawili się w studiu, jednocześnie będąc profesjonalistami.

Poznałam Flemminga na początku 2024 roku, więc stosunkowo niedawno. Organizowaliśmy konferencję, na którą zaprosiliśmy wielu producentów z różnych stron świata, w tym właśnie Flemminga. Rozmawialiśmy o tym, jak produkuje się muzykę, jak wygląda proces pracy zespołowej itd. Wcześniej śmiałam się, że nic nas z Flemmingiem nie połączy. A jednak – nigdy nie mów nigdy. Okazało się, że to właśnie z nim najlepiej się dogadywałam. Między nami po prostu „zatrybiło”.

Na konferencji Ivan Zawinul, który pracował z Quincy Jonesem, zrobił performance nawiązujący do jego słynnych słów. Na początku wydarzenia chodził z kartką z napisem „Check your ego at the door” – dokładnie tak, jak robił to Quincy. Uważał, że w muzyce trzeba zostawić ego za drzwiami. Albo będziemy się nawzajem szanować jako ludzie, albo współpraca nie ma sensu. Flemmingowi bardzo spodobała się ta idea. Powiedział: „Daj mi to, powieszę u siebie w studiu”. Zasugerował też współpracę. Zadziałałam szybko, bo muzyka potrzebuje energii. Skoro miałam taką szansę, postanowiłam z niej skorzystać – jestem otwarta na takie historie, co tłumaczy, dlaczego mam na swoim koncie tyle nietypowych kolaboracji (śmiech). Nie sądziłam, że będę pierwszą Polką, która rozpocznie współpracę z Flemmingiem Rasmussenem.

fot. Bite Of Me

A chciałabyś wspomnieć też o innych producentach, którzy współpracowali z Tobą, podczas nagrywania płyty?

Flemming pracował także przy innych utworach – od razu nagraliśmy ich trochę więcej. Wśród producentów na tej płycie są również Polacy, moi muzyczni przyjaciele, z którymi dorastałam: Jarek Toifl, twórca m.in. „Bałkanicy”, oraz Michał Rosicki. Część materiału nagrywana była również w Wielkiej Brytanii, ale opowiem o tym więcej, po premierze płyty. Swój udział w projekcie miał także Łukasz Mucha, z którym pracowałam nad immersyjną wersją płyty w Dolby Atmos.

Team i ludzie to dla mnie podstawa. Mimo wszystko głównym producentem pozostaję ja. Nawet Flemming za każdym razem pytał mnie o zdanie. Przy „Black Sun” otworzyłam się na współpracę z moim mistrzem, Józefem Skrzekiem. Wychowywałam się na SBB, a Józef zawsze bardzo mnie wspierał. Nagle poczułam, że muszę go zaprosić – to moje wewnętrzne oddanie hołdu człowiekowi, którego najbardziej podziwiam wśród kompozytorów. Jeśli mówimy o geniuszu, to dla mnie Józef Skrzek jest jednym z żyjących geniuszy w Polsce. On bez względu na porę siada i od razu tworzy coś genialnego. Nagrał jedno jedyne solo i to właśnie ono znalazło się w piosence. Nie było drugiego take’a.

Na nowej płycie będziesz brzmiała tak, jak chcesz brzmieć? Czujesz, że nie ma już ograniczeń?

Na wcześniejszych płytach również nie było żadnych ograniczeń. Gdy tylko ktoś próbował je narzucać, przestałam nagrywać pod tym labelem. To właśnie dlatego mam pięć lat przerwy. Jednak zawsze byłam bardzo asertywna i dobrze wiedziałam, gdzie jest moje miejsce, więc nikt nigdy nie mówił mi, co i jak mam tworzyć. Nawet jeśli moje utwory z zewnątrz wydają się dziwne, to nikt mnie do tego nie zmuszał. Zawsze miałam swoje powody, czasem prozaiczne, typu: „A co? Ja nie zrobię?”. Takie podejście jest mi bliskie i nie żałuję żadnego z tych projektów.

Bardzo ważna była dla mnie piosenka „Stronger”, która ukazała się jako pierwszy niezależny singiel. Wtedy zaśpiewałam „I’m good enough” – i to było kluczowe. Poczułam, że już nic nie muszę, a to był początek mojego świadomego powrotu i jasne zaznaczenie, że wiem, co chcę teraz mówić. Nie wiem jednak, co przyniesie przyszłość. Myślę, że to właśnie trzyma mnie w tym biznesie – ta nieprzewidywalność. Wiem również, że moja najlepsza piosenka dopiero jest przede mną. Mam marzenia i cele, które nie są łatwe do osiągnięcia, ale właśnie dlatego je realizuję – bo stanowią wyzwanie. Muzyka to dla mnie przede wszystkim zabawa. Jeśli nie ma w tym radości, to po prostu nie ma sensu tego robić.

To tak odnośnie do zabawy… Jak zrodził się pomysł wydania Twojej piosenki na 7 calowym winylu. Skąd taka koncepcja? 

To nie był mój kaprys, a wynik analizy rynku. Produkcja 7-calowego winyla kosztuje tyle samo, co 12-calowego, co czyni to nieopłacalnym dla wytwórni i artysty. Z jednej strony to prawda, ale z drugiej, jeśli podejdziesz do tego kreatywnie i potraktujesz winyl jako płótno, na którym możesz malować według własnego pomysłu, to narzędzie to może działać skuteczniej niż algorytmy. Stworzyłam 7-calowy winyl z dziurą w okładce, w której umieszczona jest astronomiczna, solarna folia pozwalająca obserwować słońce. To małe dzieło sztuki, jeśli chodzi o wydawnictwo. Dlaczego? Bo kluczowe jest call to action. Wydanie płyty samo w sobie to za mało – musi być coś więcej. Dlatego winyl zawiera instrukcję obsługi, która tłumaczy, jak go używać.

Miałam też szczęście – szef Record Store Day US zobaczył projekt okładki i od razu powiedział, że chce go w swojej dystrybucji. Dzięki temu ta płyta jest dostępna na całym świecie, w tym w Japonii, Australii, Niemczech – dosłownie wszędzie. Dla niezależnego artysty to ogromne osiągnięcie. W moim przypadku było to naturalne połączenie wszystkich moich pasji. Oprócz muzyki studiowałam architekturę, a w wolnych chwilach maluję i tworzę różne rzeczy, by oczyścić umysł. Ta okładka stała się zatem sposobem na połączenie wszystkich tych elementów – stworzeniem czegoś, co oddaje istotę „Black Sun”. Ten utwór miał zatrzymać odbiorcę i zmusić do refleksji. Chciałam, aby był momentem, w którym zadajemy sobie pytanie: czy na pewno o to chodzi? Patrzenie na słońce to dla mnie codzienny, ważny rytuał – zawsze tak było. To uniwersalny punkt wspólny dla wszystkich ludzi na Ziemi. Gdyby nagle słońce stało się czarne albo przestało istnieć, nas również by nie było. Czy zdajemy sobie sprawę z tego, że mamy coś, co nas wszystkich łączy? To samo słońce, które widzę dziś w Polsce, w tej samej chwili ogląda ktoś na Alasce, a za kilka godzin zobaczy je ktoś w Japonii. To prawdziwe, ludzkie, uniwersalne. Chciałam, aby „Black Sun” przypomniało o tych wartościach i skierowało nas ku temu, co nas łączy jako ludzi.

Co sprawia Ci największą radość w muzyce? 

Wszystko! To, że nie wiem, co jest przede mną. Uwielbiam koncerty i tę energię. Nie mogłabym być tylko producentem i songwriterem, bo za bardzo lubię bycie na scenie i publiczność. Uwielbiam komponowanie, bo jest to krzyżówka i łamigłówka. Możesz tu bardzo świadomie, emocjonalnie i mentalnie łączyć wiele światów. Jesteś jak malarz, który ma puste płótno i może namalować, co tylko chce. To fascynujące, że można malować emocjami ludzi. Masz w rękach narzędzie, które potrafi sprawić, że komuś choć na chwilę zrobi się lepiej. I chyba właśnie o to chodzi. Muzyka, choć niematerialna, nadaje życiu sens – bez niej mogłoby być smutno. Niestety, często jej nie doceniamy, bo stała się tłem, szumem, który nas otacza.

fot. Bite Of Me

Mam wrażenie, że rynek muzyczny powoli się zmienia. Coraz częściej sięgamy po gitarowe brzmienia, a songwriting znów zyskuje na popularności. To, że winyle przeżywają renesans i ich sprzedaż rośnie, a nawet płyty CD znów zaczynają się sprzedawać, jest sygnałem, że przypominamy sobie o wartości muzyki. To prawda, że streaming nie zniknie i pozostanie dominującym sposobem konsumpcji muzyki, ale widzę, że zaczyna się polaryzacja. Artyści podzielą się na tych, którzy tworzą z potrzeby serca, aby przekazać światu ważne przesłanie, i na tych, którzy będą tworzyć pod algorytmy, by zarabiać. Ci drudzy staną się bardziej twórcami treści – content creatorami – bo muzyka w takim wydaniu zaczyna być traktowana jako zwykły content. Natomiast słuchacze szukający prawdziwej sztuki będą wybierać tych pierwszych.

Podobna sytuacja zachodzi w malarstwie i fotografii. I ja się na to nie obrażam – teraz jest po prostu inaczej. To nie są czasy, gdy będziemy zapełniać Wembley. Chociaż są też dobre wieści, bo niemalże połowa nominacji do Grammy należała w poprzednim roku do niezależnych twórców. Powoli więc zaczynamy wygrywać z wielkimi wytwórniami, zatem mamy szansę coś zmienić.

Chciałabyś na koniec przekazać coś naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?

Warto mieć pasję i marzyć. Nieważne co jest tą pasją i gdzie są nasze marzenia. Ważne jest to, aby się nie ograniczać w głowie. Warto mieć świadomość siebie – co mogę, a czego nie mogę. I przede wszystkim, że nie ma rzeczy nie do zrobienia, jeśli sobie na to pozwolę. To się nie stanie jutro czy pojutrze, bądźmy realistami. To jest jak z myciem zębów. Gdy kupiłeś nową pastę wybielającą, myjesz zęby i nie spodziewasz się, że będą super białe po pierwszym użyciu, bo producent napisał Ci, że potrzebujesz co najmniej 4-8 tygodni, żeby zobaczyć efekty. Ze śpiewaniem jest podobnie, jeśli chcesz dobrze śpiewać, musisz codziennie po 15 minut ćwiczyć i za 2 miesiące usłyszysz efekty Twojej pracy. Jeśli codziennie zrobisz mały krok, to za 2 miesiące obudzisz się dużo dalej. Jedna piosenka na płycie właśnie będzie o tym mówiła, że nigdy nie jest za późno. Warto marzyć i mieć pasję, bo to nas czyni ludźmi. 

Zachęcamy Was do poznania twórczości Karo Spotify oraz do obserwowania jej działań na Instagramie i Facebooku.

Zobacz także inne Rozmowy oraz artykuły z cyklu Poznaj Muzyków.