Bliskie spotkania z drugim człowiekiem i tworzenie na ciele efektownych dzieł sztuki to nie tylko wielka fascynacja Artura, ale też coś, czym zajmuje się zawodowo. Jego zainteresowanie bodypaintingiem narodziło się kilka lat temu, podczas jednej z imprez, na której zobaczył pomalowanych fluorescencyjnymi farbami ludźmi ze świecącymi na ciele malunkami w świetle UV. Jak sam podkreśla, najbardziej inspirujące w tej sztuce jest dla niego połączenie z ludźmi. W jaki sposób dba o komfort modeli i modelek podczas pracy, dlaczego bodypainting może mieć wpływ na postrzeganie swojego ciała, jak wyglądała praca Artura podczas ważnej społecznej kampanii oraz czy każdy i każda z nas może umówić się na sesję malowania?
Zapowiedz siebie!
Jestem Artur, mam 40 lat. Obecnie artysta plastyk, choć dopiero od około roku oswoiłem się z tym terminem i zacząłem go używać. Samouk, ktoś, kto lubi się rozwijać. Nie skończyłem ASP, ale bardzo lubię ornamenty, więc się ich nauczyłem i teraz, dla zabawy i pracy, maluję je na ludziach.
Skąd pojawiło się u Ciebie takie zainteresowanie?
Pojawiło się ono osiem lat temu i wtedy zupełnie nie wiedziałem, że mam zdolności plastyczne. Wiedziałem natomiast, że mam zdolności manualne, bo przez długi czas zajmowałem się kuglarstwem. Całkiem nieźle mi to wychodziło, a właśnie dzięki kuglarstwu zetknąłem się bezpośrednio z bodypaintingiem. Czasem trzeba było zrobić sobie jakąś charakteryzację i już wtedy wydawało mi się to fajne. Pewnego razu trafiłem na imprezę, gdzie było światło UV, a ludzie byli pomalowani fluorescencyjnymi farbami. Zobaczyłem, że istnieje taka kultura i przestrzeń, żeby to robić, że to super świeci i świetnie wygląda. Pomyślałem: „Dlaczego by się tym nie zająć?”.
Od zawsze fascynowały mnie ramy obrazów, esy-floresy, rzeźbione detale, ślimaczki w architekturze, elfie makijaże – te wijące się, organiczne formy. To zawsze ze mną rezonowało. I wtedy pomyślałem: „A co by było, gdyby wziąć te świecące farby, zrozumieć, jak działają te wszystkie esy-floresy i ślimaczki, i malować je na ludziach?”. Wyobraziłem sobie, że wyglądaliby jak świecące elfy – całkiem fajnie, prawda? Zacząłem więc szukać i w końcu znalazłem. Okazało się, że istnieje cała sztuka i nawet przemysł związany z tym tematem – to się nazywa face painting. Kupiłem swoje pierwsze farby, profesjonalne pędzle i zacząłem chodzić na te fluorescencyjne imprezy, żeby trenować.

Kuglarstwo nauczyło mnie, że jeśli będę coś powtarzał wystarczającą liczbę razy, to – nawet jeśli na początku mi nie wychodzi – po 50, 100 albo 500 powtórzeniach w końcu się uda. Bywały triki, których uczyłem się do perfekcji przez trzy lata. Oczywiście z przerwami, a nie codziennie jeden trik (śmiech). Ale w końcu te rzeczy się dopinały. Miałem więc głębokie przekonanie, że jeśli będę konsekwentnie ćwiczył, to uda mi się. Nauczę swoje ciało wykonywać te ruchy – i dokładnie tak było. Najpierw uczyłem się z YouTube’a, potem poszedłem na pierwsze szkolenie z malowania buziek dla dzieci, a później na bardziej artystyczne i techniczne kursy. Dzięki YouTube’owi, szkoleniom i społeczności, osiem lat później to jest moja praca i moje życie.
Co według Ciebie odróżnia bodypainting od innych rodzajów sztuki wizualnej?
Przede wszystkim to, co dla mnie jest ciekawe, inspirujące i napędza mnie do dalszego działania, to połączenie z człowiekiem. Istnieje kilka nurtów bodypaintingu i każdy artysta ma swoje preferencje, ale jedną z popularnych formuł jest traktowanie ciała jako płótna, na którym maluje się obraz. Ja jednak najbardziej lubię podkreślać ciało i współpracować z jego naturalnymi liniami.

Podczas malowania człowieka siłą rzeczy nawiązuje się rozmowy, poznaje jego historię – i to jest właśnie fascynujące. Dzięki temu mogę spotykać artystów, których maluję do występów, uczestników wydarzeń, na których pracuję, albo osoby, z którymi realizuję sesje zdjęciowe. To pozwala mi nie tylko poznać ich historie, ale też wspólnie stworzyć dzieło. W ten sposób nawiązuję głębsze relacje – właśnie przez proces twórczy. Gdybyśmy umówili się na sesję, pomalowałbym Was, zrobilibyśmy zdjęcia i na zawsze pozostalibyśmy połączeni wspólnym dziełem, które staje się pamiątką. To dla mnie niesamowicie pociągające – ta bliskość i połączenie z drugim człowiekiem. Często takie znajomości trwają latami. Malowanie płótna to zupełnie inny proces – ono nie oddaje energii i nie nawiązuje relacji tak jak człowiek.
Czy w bodypaintingu też występują różne style?
Tak, jak najbardziej. To, co wyróżnia bodypainting na tle innych sztuk, na przykład malarstwa klasycznego, to przede wszystkim ulotność dzieła i tempo jego powstawania. Obraz na płótnie można malować latami, a bodypainting najlepiej, gdy zamknie się w ciągu jednego dnia. Wiele technik stosowanych na płótnie, ścianie czy samochodzie można przenieść na ludzkie ciało. Ja pracuję aerografem, pędzlami, gąbkami i farbami wodnymi. Stylów jest tyle, ilu artystów. Widziałem prace, w których tworzono grafiki na ciele albo wtapiano modela w tło – to tzw. kamuflaż, czyli iluzja optyczna sprawiająca, że postać znika na tle scenerii. Ja najbardziej lubię esy-floresy i ornamenty. Maluję kwiaty oraz organiczne formy, które wiją się zgodnie z kształtem ciała. Nasza sylwetka ma wiele ciekawych zakrętów, krągłości i linii, które można podkreślić, wydobywając naturalne piękno, zamiast je zamalowywać. To właśnie moja ulubiona forma bodypaintingu.

Tworzysz też prace z efektem UV. Czy jest to bezpieczne dla osoby malowanej?
Jeżeli artysta inwestuje w farby rzeczywiście przeznaczone do malowania ciała, to jest to bezpieczne. Słyszałem jednak o przypadkach, gdy ktoś malował akrylami albo używał markerów akrylowych, bardziej odpowiednich do papieru czy ścian. W takich sytuacjach mam mieszane uczucia – z jednej strony fajnie, że artysta pokazuje swoje umiejętności, ale z drugiej strony nie zadbał o skórę modela, a to ogromna odpowiedzialność.
Farby przeznaczone do ciała są bezpieczne i certyfikowane, przynajmniej te, których używają profesjonaliści dbający o swoich modeli. Oczywiście, czasem mogą wystąpić reakcje alergiczne, bo ludzie mają różne uczulenia – nawet na najbardziej delikatne kosmetyki. Dlatego, jeśli ktoś ma wątpliwości, warto zrobić test, żeby sprawdzić, czy skóra nie zareaguje nieprawidłowo. Farby, których używam, mają klasę kosmetyczną, są certyfikowane i bezpieczne dla skóry, więc ryzyko alergii jest naprawdę minimalne.

W jaki sposób dbasz jeszcze o bezpieczeństwo i komfort modeli czy modelek?
Staram się, by malowanie było jak najbardziej komfortowe. Na przykład podstawiam wentylator, który dmucha ciepłym powietrzem. Farba jest mokra, a podczas pracy aerografem tworzy się wodna mgiełka, więc szczególnie dbam o komfort termiczny – zwłaszcza w przestrzeniach bez ogrzewania.
Dla mnie równie ważna jest atmosfera. Rozmawiam z modelami, staram się, żeby było luźno, żartuję. To pomaga rozładować napięcie, szczególnie gdy ktoś jest malowany po raz pierwszy, stoi w bieliźnie albo topless. To bardzo wrażliwy moment, więc dbam o poczucie bezpieczeństwa, budując połączenie – pytam o emocje, rozmawiamy, śmiejemy się. Ludzie, których maluję, często mówią, że czują się swobodnie. Można też poczytać opinie na Google, z których jestem naprawdę dumny – wiele osób pisze, że czuły się zadbane. To dla mnie szczególnie ważne, bo bodypainting to intymna forma kontaktu i chcę, żeby każdy czuł się bezpiecznie i komfortowo.
Każdy z nas ma różne doświadczenia, nie obawiasz się, że możesz przekroczyć, czasem nawet nieświadomie, czyjąś granicę intymności?
To prawda, że czasem można nieświadomie przekroczyć czyjąś granicę i uruchomić trudne emocje. Ja sam mam dużą ostrożność i wrażliwość w tej kwestii, bo oprócz bodypaintingu zajmuję się również masażami terapeutycznymi i pracą z emocjami. Dzięki temu mam większą świadomość w pracy z osobami, które mogły doświadczyć naruszenia granic. Takie sytuacje są, niestety, dość powszechne. Czasem sami zgadzamy się na coś, na co tak naprawdę nie mamy ochoty, a czasem to ktoś bezpośrednio przekracza naszą przestrzeń. Praca terapeutyczna pokazała mi, jak często to się zdarza i jak ważne jest dbanie o poczucie bezpieczeństwa.

Wydaje mi się, że gdyby ktoś nie czuł choć odrobiny ciekawości i otwartości na takie doświadczenie, to po prostu nie przyszedłby na sesję. Jeśli jednak pojawiają się osoby z niskim poziomem komfortu – czy to w relacji ze swoim ciałem, czy z jego odsłonięciem przed innym człowiekiem – zawsze podkreślam, że poziom odkrycia ciała jest całkowicie dowolny i zależy wyłącznie od malowanej osoby.
Mnie najłatwiej maluje się bezpośrednio na ciele, więc optymalnie, gdy bielizna jest minimalna i zakrywa tylko intymne części. Ale to nigdy nie jest wymóg – osoba malowana ma pełną dowolność, a ja dostosowuję pracę do jej granic. Oprócz tego cały czas pozostaję w kontakcie werbalnym i obserwuję mowę ciała. Jeśli ktoś się zamraża, usztywnia, zamyka – to sygnał, że pojawił się dyskomfort. W takich momentach od razu zmieniam podejście – podkręcam „termostat” łagodności, otwartości i troski. Rozmawiamy wtedy o tym, czy pojawiło się napięcie, czego dana osoba się obawia i zapraszam do spokojnego oddechu, który często pomaga się rozluźnić.
Gdzie najczęściej można zobaczyć Cię w akcji?
Najczęściej są to imprezy firmowe, czyli komercyjne zlecenia. Od czasu do czasu realizuję też sesje zdjęciowe w szkołach pole dance, we współpracy z moją fotografką, Anią, z którą pracujemy razem od kilku lat. W ogóle praca fotografów w bodypaintingu jest niezwykle ważna, bo mogę kogoś pomalować, ale to dzieło jest bardzo ulotne. Dlatego działamy w symbiozie – malowanie to jedno, a uwiecznienie efektu to drugie. Poza tym można mnie spotkać na wydarzeniach branżowych, targach, miejskich imprezach. Oczywiście, jestem też obecny w internecie, gdzie prezentuję swoją sztukę. A jeśli ktoś ma ochotę, może mnie zaprosić na dowolne wydarzenie (śmiech).

Jakie były najbardziej wymagające projekty, które realizowałeś?
Jednym z najbardziej wymagających projektów była realizacja kalendarza, podczas której malowałem razem z moją koleżanką Kamilą Szóstak. W ciągu jednego dnia mieliśmy do pomalowania 12 modelek. Całe przedsięwzięcie, od zaplanowania po stworzenie 12 różnych projektów i organizację sesji, wymagało około tygodnia przygotowań. Sam dzień zdjęciowy to była intensywna, nieprzerwana praca, ale ja lubię się w tym zmęczyć (śmiech). Robię to, co kocham, więc wkładanie w to wysiłku jest dla mnie w porządku.
Wymagające było również moje pierwsze komercyjne zlecenie. Wtedy jeszcze nie do końca wiedziałem, jak wszystko powinno wyglądać. To była współpraca z agencją eventową, która organizowała występ grupy akrobatów – potrzebowali ich pomalować całych na złoto. Miałem do dyspozycji dwa pędzelki o szerokości 2 cm i farbę, którą dzień wcześniej przygotowałem, rozcieńczając ją wodą. Wydawało mi się, że jestem gotowy, ale na miejscu okazało się, że czeka na mnie trzech akrobatów – dwóch z nich miało ponad dwa metry wzrostu i potężną muskulaturę. Na ich pomalowanie miałem tylko cztery godziny. Na dodatek farba zaczęła się rozwarstwiać, co zamieniło całą pracę w prawdziwą męczarnię. To było turbo wymagające, ale przede wszystkim z powodu mojej niewiedzy. Teraz mam już technikę, odpowiednie farby i narzędzia, dzięki którym jestem w stanie pomalować taką grupę w półtorej godziny – i jeszcze znaleźć czas, żeby z nimi porozmawiać.
Ile średnio zajmuje Ci pomalowanie ciała jednej osoby przy umiarkowanie skomplikowanym wzorze?
Kiedy robię sesje pole dance, to powiedziałbym, że te projekty są nawet powyżej średniej komplikacji, a mimo to daję sobie na nie półtorej godziny. To wystarczający czas, żeby stworzyć pracę, z której czuję satysfakcję. Dużo pracuję aerografem, używam szablonów i znam techniki pozwalające w szybkim czasie osiągnąć świetne efekty. Ta wiedza techniczno-produktowa naprawdę robi różnicę.

Oczywiście zdarzają się bardziej złożone projekty. Na przykład podczas targów motoryzacyjnych malowałem modelkę przez 5 godzin, bo wzór był bardzo szczegółowy i wymagał większej precyzji. Po takim czasie poziom satysfakcji jest jeszcze wyższy, ale ogólnie staram się nie przekraczać 2 godzin. Stanie w bezruchu przez dłuższy czas jest po prostu trudne dla osoby malowanej.
Dużo mówisz o tym, że wiedza gra tu kluczową rolę. Ty ją już posiadasz, a czy oferujesz także szkolenia? Jeśli tak, to do kogo są one skierowane i czego można się na nich nauczyć?
Bardzo lubię dzielić się wiedzą i ją przekazywać. Jestem totalnym nerdem, jeśli chodzi o malowanie, flow, ornamenty i technikalia. Pamiętam, że na początku swojej drogi często zastanawiałem się, dlaczego niektóre wzory, na które patrzę, są tak estetyczne i przyciągające. W końcu odkryłem, że pod tym wszystkim kryje się pewien kod – zasady kompozycji, kierunki linii, dobór kolorów. Gdy udało mi się ten kod rozszyfrować, zacząłem osiągać dobre efekty z dużo większą powtarzalnością.
Skoro posiadam tę wiedzę, to chętnie przekazuję ją dalej. Prowadzę szkolenia dla animatorów i osób, które chcą zostać face painterami, ucząc ich malowania buziek. Osoby zainteresowane bardziej zaawansowanym bodypaintingiem, na przykład na festiwalach, również znajdą coś dla siebie. Szkolę także fotografów, którzy chcą włączyć bodypainting do swoich sesji zdjęciowych. Ostatnio rozpocząłem również kursy z tatuaży tymczasowych robionych aerografem. To fajna opcja dla osób, które chcą dodać coś nowego do swoich usług lub po prostu pobawić się sztuką malowania na skórze.

Jest ktoś, kogo w tej dziedzinie podziwiasz?
Na pewno Justyna Nigbor, którą mogę śmiało nazwać matką chrzestną mojego malowania. To wspaniała artystka, z którą często współpracujemy przy zleceniach facepaintingowych, zarówno dla dzieci, jak i dorosłych. Pierwszy raz trafiłem na jej prace, gdy zobaczyłem ornamentowo-freestylowy wzór, który był bardziej ozdobą niż klasycznym, figuratywnym malunkiem – to nie był motylek ani tygrys, tylko czysta forma artystyczna. Zaskoczyło mnie, że można malować w tak nieoczywisty sposób. Justyna naprawdę otworzyła mi głowę na to, co jest możliwe w bodypaintingu. Później poszedłem do niej na kurs, gdzie pokazała mi sporo technicznych trików i podzieliła się swoim doświadczeniem. To było dla mnie niezwykle wartościowe. Do dziś mamy super relację, a jej wsparcie na mojej artystycznej drodze wiele dla mnie znaczy.
Drugą osobą, którą podziwiam, jest Brierley Thorpe. To, co ona robi z bodypaintingiem, to prawdziwa magia – pomieszanie stylu art déco z secesją, wszystko w awangardowych kombinacjach kolorystycznych. Można powiedzieć, że to moja artystyczna bogini!
Zdarzyło Ci się pracować nad projektami o szczególnym znaczeniu społecznym lub politycznym?
Tak, jednym z takich projektów była kampania zwiększająca świadomość na temat raka piersi. Wzięło w niej udział 12 artystów-plastyków i 12 kobiet, z których niektóre przeszły mastektomię. Każda z nich miała swoją unikalną historię związaną z walką z rakiem. Zanim przystąpiliśmy do malowania, spotkaliśmy się z tymi kobietami, by porozmawiać o ich życiu, pasjach, wizjach – żeby lepiej zrozumieć ich doświadczenia. Na podstawie tych rozmów każdy artysta stworzył indywidualny projekt bodypaintingu. Wszystkie kobiety były topless, co nadawało całemu wydarzeniu wyjątkową intymność i siłę. Po zakończeniu malowania odbyła się sesja zdjęciowa, a z powstałych fotografii zorganizowano wystawę, której celem było nie tylko zwiększenie świadomości, ale także pokazanie piękna i siły kobiet, które przeszły przez tak trudne doświadczenia.
To było bardzo poruszające i wzruszające. Poznanie tych historii, usłyszenie o odwadze, a potem obserwowanie, jak kobiety, często mające trudną relację ze swoim ciałem, otwierały się przed obiektywem, było niesamowicie inspirujące. To właśnie w bodypaintingu uwielbiam najbardziej – moment, gdy ktoś po raz pierwszy patrzy na siebie i mówi: „Nigdy nie widziałam siebie w tak piękny sposób”. Uważam, że to doświadczenie może być wręcz uzdrawiające. Jeśli ktoś ma trudną relację ze swoim ciałem, taka sesja potrafi stworzyć przestrzeń, w której na chwilę pojawia się nowa perspektywa – taka luka, przez którą wpada trochę światła.
Dostajesz czasem wiadomości po takiej sesji, że ktoś zmienił sposób postrzegania swojego ciała?
Tak, niedawno widziałem się z dziewczyną, która poprosiła mnie o prywatną sesję malowania. Miała trudność z akceptacją pewnej części swojego ciała, więc po malowaniu zostawiłem ją na chwilę samą w pokoju z lustrem, żeby mogła spokojnie spotkać się ze sobą w tym nowym wydaniu. Minęło pół roku, a ostatnio znów mieliśmy kontakt. Powiedziała, że to doświadczenie nie zmieniło wszystkiego od razu, ale zdecydowanie miało pozytywny wpływ na to, jak postrzega siebie. Stało się ważnym krokiem na jej drodze do większej akceptacji. Czasem dostaję też bardziej subtelne sygnały – na przykład ktoś ustawia zdjęcie z malowaniem jako profilowe. A wiemy, jak ważne potrafią być te zdjęcia, prawda? (śmiech)

Jak widzisz przyszłość bodypaintingu jako formy sztuki w erze cyfrowej i mediów społecznościowych?
Na pewno zainteresowanie bodyartem rośnie – zarówno jeśli chodzi o profesjonalne malowanie twarzy, jak i bodypainting na imprezach dla dorosłych. Widzę też, jak rozwija się rynek tatuaży tymczasowych, a w kontaktach z klientami B2B dostrzegam coraz większe zainteresowanie ze strony marek. Firmy zauważają, jak wyjątkowym doświadczeniem może być bodyart, dlatego myślę, że ta sztuka w Polsce nadal będzie się popularyzować. My, artyści, staramy się dbać o to, by dzielić się naszą pasją i pokazywać, jak bodypainting potrafi łączyć ludzi i wzbudzać pozytywne emocje.
Oczywiście, pojawiają się też pewne wyzwania – jak chociażby filtry w mediach społecznościowych czy rajstopy z nadrukiem, które imitują pomalowane ciało. Ale na wszystko jest miejsce. Nie każdy ma ochotę stać dwie godziny, żeby zostać pomalowanym – czasem ktoś woli po prostu wskoczyć w gotowy strój i iść na imprezę. Mimo to jestem dobrej myśli. Ta sztuka ewoluuje, dostosowuje się do nowych czasów i wierzę, że bodypainting nadal będzie zachwycał i inspirował.
Chciałbyś coś na koniec przekazać naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?
Kreatywność to głęboka ludzka potrzeba, która naprawdę karmi duszę. Jeśli ktoś ma w sobie choćby iskierkę pasji do tworzenia, ale wątpi, czy jest wystarczająco dobry – niech po prostu tworzy! To, co powstaje z potrzeby serca, zawsze ma wartość.
Zachęcamy Was do odwiedzenia Artura na Instagramie.









Tutaj możesz zostawić komentarz: