Wszystko zaczęło się od chęci przeniesienia mojego utworu z pianina na pozytywkę – wywiad z Piotrem Paduszyńskim

materiały promocyjne

Emocje to coś więcej niż słowa. Czasami wystarczą dźwięki, które koją, pobudzają, ale też prowadzą w najbardziej zawiłe, często zamknięte dla nas samych szczeliny umysłu i serca. Najnowsza płyta Piotra Paduszyńskiego „Zorze” przedstawia historie pełne intymności, siły, smutku, ale i światła. To muzyka, która nie potrzebuje pośpiechu ani wielkich gestów. Chwila skupienia pozwala odnaleźć w niej blask codzienności, odcienie i kolory wspomnień oraz ciepło nadziei. Czy jednak w dobie szybkiego przekazu informacji, muzyka instrumentalna ma jeszcze szansę się przebić? Jak Piotrek podchodzi do nieprzewidywalnych sytuacji oraz dźwięków podczas nagrań swoich utworów? I co sprawiło, że zagrał na pozytywce fragment „Wolnych duchów” na scenie Męskiego Grania?

Zapowiedz siebie!

Mam na imię Piotrek, na co dzień mieszkam we Wrocławiu. Jestem pianistą, kompozytorem i producentem muzycznym. Działam również w zespole Älskar oraz w solowych elektronicznych projektach. Tworzę własne utwory od ponad 10 lat. Pierwszy powstał, gdy miałem 13 lat. Od tego czasu wszystko się rozwija i wydaje mi się, że widać pewien progres (śmiech). Udało mi się też zrealizować kilka ciekawych rzeczy, na przykład wygrać plebiscyt Gazety Wyborczej „Warto” czy zagrać koncerty z Orkiestrą Męskiego Grania.

Tworzysz muzykę neoklasyczną, grasz na pozytywce, a ponadto jesteś członkiem zespołu grającego muzykę alternatywną. Wciąż poszukujesz siebie w muzyce? Czy po prostu jesteś otwarty na różne muzyczne doświadczenia?

Myślę, że moja solowa droga coraz bardziej się kształtuje. Wiem, czego chcę, i nie boję się eksperymentować, nawet w obrębie własnej muzyki. Żeby wydać elektroniczną EP, nie muszę szukać kogoś, kto zajmuje się tym gatunkiem. Jeśli mam vibe na taką muzykę, też spróbuję stworzyć ją sam. Pozytywka jest również bardzo ważnym elementem, bo choć nie przepadam za graniem coverów na pianinie, przy pozytywce absolutnie nie mam z tym problemu. Jest to dla mnie ciekawe, że można przerobić dany utwór na pozytywce, wyodbrębnić melodię i w takiej wersji usłyszeć Lady Gagę czy Billie Eilish.

Z głównych nurtów to pianino pozostaje moją podstawą i sercem twórczości. Co istotne, jest to pianino akustyczne. Tak się złożyło, że przez wszystkie te lata rzadko tworzyłem muzykę pianistyczną na instrumencie elektronicznym. W akustycznym pianinie jest pewna magia i żywy aspekt, który pozwala na łatwiejszy przepływ swoich emocji i doświadczeń. Chciałbym przede wszystkim skupić się na solowej twórczości, choć po drodze widzę też miejsce na współprace, na przykład wspólne wydanie utworu, EP z innym artystą lub połączenie koncertowe.

Granie na pozytywce nie jest oczywistym wyborem. Pamiętasz, co dało Ci pierwszy impuls do tego, aby na niej zagrać?

Szczerze mówiąc, myślałem o tym już może z 7–8 lat temu. Od 4 lat tworzę melodie na pozytywce. Jeszcze w liceum stworzyłem utwór „Utopia”. Ma on takie intro i outro, które od razu skojarzyły mi się z pozytywką. Ta myśl, żeby usłyszeć ten motyw w takiej formie, została ze mną na długo.

W 2021 roku postanowiłem zaryzykować, wszedłem na jakąś stronę i zamówiłem pierwszą pozytywkę z Chin, razem z papierem, na którym można zaznaczać własne melodie. Okazało się, że przyszła całkiem dobra. Zacząłem się wtedy zastanawiać jak działa ten system, żeby zaznaczyć swoją melodię – jakie muszą być odległości, która linia odpowiada za konkretny dźwięk na pianinie. Uczyłem się tego metodą prób i błędów. Tak naprawdę wszystko zaczęło się od chęci przeniesienia mojego utworu z pianina na pozytywkę. Ciekawe jest też to, że choć raczej nie mamy pozytywek w domach, wszyscy doskonale kojarzymy ich brzmienie. Przywodzi na myśl dzieciństwo, wspomnienia, przeszłość i wywołuje nostalgię. To jakaś zbiorowa psychoza (śmiech).

materiały promocyjne

Pamiętasz reakcje bliskich czy osób z Twojego otoczenia, jak powiedziałeś, że będziesz grał na pozytywce?

Zazwyczaj, gdy testuję nowe rozwiązania, nie za bardzo się nimi od razu dzielę. Pierwsze melodie wrzucałem na TikToka, bo miałem wtedy fazę na publikowanie bardzo różnych filmików i to była przestrzeń, gdzie nie bałem się tym dzielić. Na Instagramie trochę się stresowałem, bo jest tam dużo rodziny i znajomych. Jednak teraz moje podejście się zmieniło i mam totalnie gdzieś, co ktoś sobie pomyśli o treściach, które wrzucam. Wstawiam to, co jest zgodne z moim poczuciem humoru. TikTok mnie zmotywował, bo zacząłem tam robić live’y. Ludzie przychodzili, było dużo pozytywnych reakcji i komentarzy. Do dziś są osoby, które śledzą, komentują, czekają na nowe rzeczy albo czasem wymieniamy się wiadomościami.

Gdy zacząłem przygodę z pozytywką, pamiętam również ogromną radość i fascynację, kiedy zobaczyłem, że granie na niej naprawdę działa. To przecież tylko kawałek papieru z dziurkami, a jednak powstaje z niego melodia. Przy pianinie, skrzypcach czy innych instrumentach widać moment, w którym naciska się klawisz czy smyczek dotyka struny i wszystko jest pod kontrolą. A tu okazuje się, że nie można już nic kontrolować, bo cały utwór zapisany na papierze już jest i jakimś cudem gra muzykę. A wygląda przy tym jak zwykły kawałek papieru, który ktoś mógłby wyrzucić, gdyby nie wiedział, czym on jest.

Granie na pozytywce pozwoliło Ci na pewno też pospełniać kilka marzeń, jak np. zagranie na Męskim Graniu. Mógłbyś opowiedzieć o tej historii coś więcej, jak to się wydarzyło?

Zacznę od tego, że mój brat też jest muzykiem. Wydaje swoje utwory pod pseudonimem Jacko Brango. I miała miejsce taka sytuacja, że jednego dnia grał koncert w Suwałkach, a następnego rano miał być na próbie dźwięku w Szczecinie. Zapytał mnie wtedy, czy nie pojechałbym z Wrocławia do Suwałk i dalej do Szczecina, bo nocna trasa byłaby zbyt długa i niebezpieczna. Wiedziałem, że w Szczecinie odbywa się Męskie Granie, więc wcześniej przygotowałem melodię „Wolne duchy” na pozytywce, z myślą, że mogłaby posłużyć jako intro lub outro do tego utworu. Pojechałem więc z pozytywką, jako kierowca i wsparcie dla brata, żeby bezpiecznie dotarł na miejsce.

W Szczecinie udało mi się spotkać z liderami Orkiestry Męskiego Grania, więc pokazałem pomysł braciom Kacperczyk, Mrozowi i Darii Zawiałow. Okazało się też, że był tam Dryskull, czyli producent utworu i autor aranżacji. Jemu i Mrozowi pomysł spodobał się najbardziej. Zaproponowałem, że można byłoby zrobić intro na pozytywce i później wszedłby zespół z całą energią na wielkiej scenie. Taki kontrast wydawał mi się ciekawy i wyjątkowy. Odpowiedzieli wtedy, że obgadają ten pomysł i wrócą do mnie.

Minęły dwa tygodnie i nikt się nie odezwał. Natomiast później, przed koncertem we Wrocławiu, napisałem do nich ponownie, że jeśli wciąż są na tak, mogę przyjechać na próbę dźwięku i sprawdzimy jak to brzmi, czy w ogóle da się nagłośnić pozytywkę na takiej dużej scenie. Odpowiedź była krótka: „Dobra, robimy tak”. Na próbie zapadła decyzja, że występuję z Orkiestrą wieczorem.

Później były jeszcze koncerty w Krakowie i Warszawie. W stolicy wydarzyła się prawdziwa magia, bo na finale było podobno około 40 tysięcy osób, nie licząc transmisji online. W momencie, gdy grałem na pozytywce, wszyscy pod sceną zapalili latarki w telefonach. To był widok, którego nigdy nie zapomnę. Cieszę się też, że miałem wcześniej występy we Wrocławiu i Krakowie, bo wyjście na tak wielką scenę wiąże się z dużym stresem.

Co chciałbyś jeszcze przeżyć w związku z tworzeniem muzyki na pozytywce?

Jest kilka pomysłów, np. współpraca z Billie Eilish byłaby czymś naprawdę super! To jest plan, który chciałbym zrealizować i myślę, że z jej wrażliwością i stylistyką mogłoby się to bardzo fajnie sprawdzić.

To tego Ci życzymy i czekamy w takim razie! A jak w ogóle w dobie streamingu i krótkiej uwagi odbiorców widzisz rolę muzyki instrumentalnej, wymagającej skupienia?

Widać coraz większą potrzebę takiej muzyki. Wydaje mi się, że to są osoby, które wracają na koncerty. Miałem ostatnio podczas koncertu w Warszawie sytuację, gdy ktoś przyjechał z Wrocławia. To ciekawe, bo nie zawsze są to osoby, które komentują czy lajkują, ale gdy zobaczą informację o koncercie, po prostu chcą na nim być. Mam wrażenie, że już widzę te same twarze. To coś niezwykłego!

Na początku trzeba włożyć sporo pracy, żeby dotrzeć do ludzi ze swoją muzyką, ale potem tworzy się między nami fajna więź, która potrafi przetrwać. Może też dlatego, że w czasach natłoku informacji jesteśmy coraz bardziej zmęczeni. Wydaje nam się, że odpoczywamy, sięgając po telefon, a tak naprawdę jeszcze bardziej się przebodźcowujemy. Gdy ktoś trafia na muzykę instrumentalną albo na koncert, wycisza się, dociera do swoich myśli, uspokaja się. Niektórzy mówią nawet, że to pozwala im coś przetworzyć, jakby byli na jakiejś sesji terapeutycznej. To bardzo ciekawe i dlatego myślę, że zapotrzebowanie na taką muzykę będzie coraz większe.

Co było dla Ciebie najtrudniejszym momentem w dotychczasowej drodze muzycznej i jak wpłynęło to na Twoją twórczość?

Najtrudniejszy moment miał miejsce, przy wydaniu mojej debiutanckiej płyty. Jako niezależny muzyk, robiłem wszystko samemu – wysyłki do dziennikarzy, nagrania na social media, teledyski, zdjęcia, a czas wydania płyty zbiegł się ze śmiercią mojego taty. Więc tak naprawdę chwilę wcześniej powysyłałem do dziennikarzy płyty i docierały do mnie informacje, że utwór leci w różnych radiach, a dla mnie wszystko straciło na znaczeniu. I wtedy jako niezależny artysta nie ma się siły nic z tym zrobić, bo okazuje się, że wydarzyło się coś strasznego i wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

Z tego, co mówisz, przebija się dużo emocji. Czy właśnie z takich trudnych doświadczeń narodziły się „Zorze” – pełne refleksji nad przemijaniem, ale też światła i nadziei?

Płyta opowiada o momentach akceptacji i przejścia przez trudniejsze chwile. Można też na niej usłyszeć rosnącą motywację i moment, w którym zaczyna się zmieniać nasz światopogląd i przekonania. Słychać więc proces rozwoju na tym albumie. Zarówno muzycznie, jak i życiowo, a między dźwiękami ukryłem kilka osobistych wniosków.

Oprócz tego przełamałem kilka schematów i barier dotyczących tego, co powinno znaleźć się w nagraniu, jak utwór powinien się kończyć czy warto usuwać dźwięki w tle. Ważna jest też różnorodność utworów.

Całość przeplata pozytywka, czyli bezpieczne, nostalgiczne, magiczne miejsce, które, mam wrażenie, spaja i dopełnia tę płytę. Początkowo myślałem, że będą tylko dwa krótkie intro na pozytywce, ale stworzyłem utwór trwający prawie trzy minuty, zapisany na czterometrowym papierze. Dlatego pozytywka zajmuje tu ważną i większą niż początkowo zakładałem rolę. Na tej płycie można usłyszeć różne barwy, emocje i przeżycia. A w nagraniach kryją się także fajne, niespodziewane niuanse.

Właśnie te smaczki są bardzo ciekawe! To jest trochę tak, jakbyś wchodził do naszych domów, zaczął grać, a w nich toczyłoby się codzienne życie. Nie miałeś żadnych obaw, przed pozostawianiem tych różnych dźwięków w utworach, jak chociażby odgłos otwieranych drzwi?

Kiedyś myślałem, że wszystko trzeba zagrać idealnie, a brzmienie musi być klasyczne i czyste. Z czasem jednak zauważyłem, że jest to mniej autentyczne. Bardziej prawdziwe jest to, co dzieje się na bieżąco, a czasem coś niespodziewanego totalnie może wpłynąć na wyjątkowość utworu, bo to jest jeden moment, który się może zdarzyć. Tak jak dźwięk otwieranych drzwi, czy upuszczonych szelek.

To też trochę na przekór takiej klasycznej drodze rozwoju. Skończyłem tylko I stopień szkoły muzycznej, a później rozwijałem się w różnych kierunkach i zespołach, jednocześnie tworząc własne utwory. Mam takie przemyślenie, że często osoby po szkołach muzycznych mają wpojone, że wszystko musi być idealne i brzmieć tak jak jest w nutach. Ktoś inny też wtrąca się im do interpretacji. To sprawia, że później to są świetni muzycy technicznie, którzy zagrają wszystko perfekcyjnie, ale brakuje tej iskierki, która mogłaby skakać w różne nieokreślone strony.

Płyta nosi tytuł „Zorze”, a wśród utworów znajdują się m.in. „Latarnie” i „Iskierki”. Czy można więc uznać, że jej motywem przewodnim jest światło w różnych formach?

Właściwie to nie. Choć w pewnym sensie jesteśmy wokół światła, ale wcześniej nie myślałem o tym w ten sposób. Myślałem o zorzach jako o różnych barwach i światłach, które się układają, ale rzeczywiście w zestawieniu z iskierkami i latarniami to totalnie tak jest w kontekście tego motywu światła.

Płyta ma mocne zakończenie, ostatni utwór jest nieco psychodeliczny, przerażający. Wcześniej przeprowadzasz słuchaczy przez różne odcienie emocji. Co tak naprawdę było Twoim celem?

Rzeczywiście chciałem pokazać te emocje z różnych perspektyw. Z jednej strony chodziło o zaopiekowanie się słuchaczem i stworzenie przestrzeni, w której czuje się dobrze, bezpiecznie, wraca do miłych wspomnień i skojarzeń. Czasami może wyobrazić sobie oświetlone uliczki we Francji w ciepły, letni wieczór. Natomiast ostatni utwór, zamykający płytę, przeplata smutek, psychodelę i trochę niepokoju. Naturalnie umieściłem go na końcu, choć zastanawiałem się, czy to dobry pomysł po tym wszystkim, co wydarzyło się wcześniej. Jednak czuję, że chciałbym pozostawić słuchacza ze znakiem zapytania i może sprawić, by przesłuchał płytę jeszcze raz, dostrzegając, jak różne emocje można w niej odczuć.

Ostatnio pomyślałem też, że płyta składa się z utworów powstałych po pandemii, więc obejmuje wszystkie emocje, które towarzyszyły mi w tym czasie. W rozwoju, terapii, próbie pozbierania się po wydaniu pierwszej płyty. Kolejność utworów nie jest chronologiczna, ale uważam, że spójnie podsumowuje szeroki wachlarz uczuć: smutek, akceptację, próbę zbudowania siebie na nowo i przywrócenie poczucia bezpieczeństwa.

A czy zastanawiając się nad kolejnością utworów, ustawiałeś je zgodnie z etapami emocjonalnymi, tzn., że chciałeś coś opowiedzieć o sobie i ten ostatni utwór, ukazuje Twój mrok?

Myślę, że ta końcówka płyty pokazuje mrok, smutek i zagubienie i to, że ja już nie muszę i nie chce być idealny ani zgodny z oczekiwaniami. A jednocześnie też przedstawia nieprzewidywalność życiową oraz to, że czasami pozwolenie emocjom płynąć takimi, jakie są jest bardzo ważne. Może w dźwiękach na pianinie jest odzwierciedlenie momentu, kiedy wreszcie uwalniamy emocje, mówimy o tym, co trudne, gdy nie mamy siły i nie chcemy, aby rzeczywistość wyglądała tak, jak obecnie, że przeżyliśmy coś trudnego. To nie będzie wtedy ułożone ładnymi, dokładnie przemyślanymi dźwiękami. To będzie po prostu czysta ekspresja i tam nie ma miejsca ani potrzeby na zastanawianie się czy dany dźwięk pasuje do utworu, formy itd.

Ten mrok pojawia się w ostatnim utworze, ale tak samo początek utworu „Nova” buduje niepokojący nastrój. Tu z kolei jednak zmienia się to w drugą stronę i idziemy w kierunku spokoju, gdzie wszystko się rozświetla, układa. Więc wracając do tego światła jako motywu przewodniego płyty, to faktycznie pasuje! Chociaż nie myślałem tak o wielu utworach, ale jest to jednak punkt wspólny.

Kiedyś myślałem, że trzeba przede wszystkim pokazać jak się rozwinąłem technicznie. A przy tej płycie odszedłem od takiego zamysłu i moim zdaniem jest to dużo zdrowsze i fajniejsze. Na początku płyty wprowadzam w ten świat pozytywką. Następnie jest „Azalia”, czyli spokojny, eteryczny, baśniowy utwór, a potem „Zamieć”, która jest mniej oczywista i przeplata więcej emocji. Powstała po trudnym momencie, o którym opowiadałem na terapii. Jak z niej wróciłem, to zdałem sobie sprawę, że znalezienie miejsca dla tego co się stało, chociaż było mega trudne, jest bardzo ważne. Poczułem, że wszystko się we mnie w środku uspokaja. Wyobrażałem sobie to jak taką wichurę, zamieć, kiedy wszystko jest w chaosie, śniegu, wieje wiatr i nagle to wszystko osiada, widzimy już tylko zaspy, jeszcze nieudeptane, nienaruszone i krainę wypełnioną spokojem.

To jest fascynujące, że mimo tych wielu boźdzców, które do nas docierają, o czym rozmawialiśmy wcześniej, tak naprawdę szukając ukojenia, nie trzeba słów, żeby wyrazić dużo, bo rozumiemy się na poziomie dźwięków. Czy muzyka neoklasyczna ma dla Ciebie wymiar duchowy, czy traktujesz ją raczej jako formę artystycznej ekspresji?

Myślę, że obie te rzeczy. Jako artystyczną ekspresję, czyli rozmowę z samym sobą, ale też ze słuchaczem. To trochę jakby zapytać, jak się czujesz i co się u Ciebie teraz dzieje, czy w tym utworze też znajdujesz jakiś moment, miejsce dla siebie. Jeśli odpowiada, że tak, to zaczynamy się dogadywać, nawet bez słów – poprzez muzykę.

Od którego utworu z nowej płyty najlepiej zacząć przygodę z muzyką Piotra Paduszyńskiego?

Raczej polecałbym słuchać płyty w kolejności. Najbardziej zachęcam zacząć od „Kołysanki Tosi”, która jest intrem na pozytywce i wprowadza w cały ten świat. Jeśli jednak ktoś wybiera jeden utwór – czego nie polecam (śmiech) – myślę, że „Azalia” lub „Latarnie” są dobrym punktem, by bardziej wkręcić się w temat płyty i sprawdzić resztę. Ale nawet gdyby ktoś trafił na „Teatr Lalek” – ostatni utwór, myślę, że też chciałby wrócić i przesłuchać całość, by zrozumieć, co się zadziało na płycie.

Chciałbyś na koniec przekazać coś jeszcze naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?

Chciałbym przekazać, żeby dbali o siebie i wyrażali emocje w bezpiecznych warunkach, w towarzystwie osób, którym ufają. Zachęcam też do chodzenia na koncerty muzyki instrumentalnej oraz do posłuchania płyty, by sprawdzili, czy może być dla nich źródłem wsparcia. Wielokrotnie słyszałem takie opinie i fajnie byłoby im w tym pomóc, a jednocześnie pozwolić wejść w stan baśniowy i nostalgiczny.

Zachęcamy Was serdecznie do wysłuchania albumu „Zorze”, a także do śledzenia Piotrka na TikToku i Instagramie.

Zobacz także inne Rozmowy oraz artykuły z cyklu Poznaj Muzyków.