Przyroda otwiera we mnie najgłębsze pokłady wrażliwości – wywiad z Magdaleną Pilarską

archiwum prywatne Magdaleny

Liść znaleziony podczas spaceru, krople rosy na płatkach kwiatów czy zapach ziemi po deszczu. Dla Magdaleny Pilarskiej uważność na to, co daje nam natura, stanowi początek kolejnej opowieści malowanej akwarelą. Artystka specjalizująca się w ilustracji botanicznej od lat z niezwykłą precyzją portretuje rośliny, wierząc, że ich piękno kryje się w najdrobniejszych detalach. W rozmowie opowiada o sile obserwacji, dążeniu do botanicznej perfekcji i o tym, dlaczego kontakt z naturą jest dla niej nie tylko niewyczerpanym źródłem inspiracji, ale także sposobem na odnalezienie spokoju i zachwytu w codzienności.

Zapowiedz siebie!

Nazywam się Magdalena Pilarska i większość mojego życia wypełniają rośliny, chociaż nie jestem florystką, a artystką botanikiem. Zajmuję się portretowaniem natury i zatrzymywaniem zachwytu płynącego z natury za pośrednictwem ilustracji malowanych tradycyjną techniką akwareli. Jestem wrażliwa na piękno przyrody i niezmiennie czerpię z niej inspirację nie tylko do malowania, ale w ogóle do życia.

O swoich pracach mówisz, że to „czułe ilustracje pełne wzruszenia naturą”. Co najczęściej wywołuje w Tobie to „wzruszenie naturą”, o którym wspominasz?

W ciągu 5 lat, odkąd zajmuję się ilustracją botaniczną, nauczyłam się patrzeć na naturę w inny sposób niż wcześniej: czulej i dokładniej. Mam w sobie duże pokłady wrażliwości, ale przyroda otwiera we mnie jej najgłębsze zasoby. Często mówię, że moja praca (i zarazem największa pasja) opiera się przede wszystkim o naukę nieustającego dostrzegania otaczającego mnie piękna w najdrobniejszych nawet detalach: kroplach rosy osadzonych na liściach o poranku, gradientach intensywności kolorów płatków kwiatów, nawet przegniłe elementy roślin sprawiają, że dostrzegam w nich głęboką wartość, przede wszystkim estetyczną, ale też emocjonalną, chociaż to chyba nie do końca właściwe słowo, aby to opisać. Chodzi mi o to, że możliwość przeniesienia tego zachwytu, ulotnego piękna na papier to dla mnie pewnego rodzaju oddanie hołdu przyrodzie. W moich pracach maluję naturę taką, jaką jest, prawdziwą i wierną rzeczywistości, ale przez to najbardziej chwytającą za serce. Wydaje mi się, że oddają one to wzruszenie naturą, które mi towarzyszy podczas jej obserwacji i przenoszenia na papier.

archiwum prywatne Magdaleny

Czy malując rośliny bardziej obserwujesz ich formę czy emocję, którą w Tobie zostawiają?

Jedno i drugie. Formę – zdecydowanie. Nie ukrywam, że w swojej sztuce niezmiennie dążę do – że tak powiem – botanicznej perfekcji. Pragnę oddawać naturę coraz piękniej i z dbałością o charakterystyczne cechy roślin, ich kolory, kwestie kompozycyjne. Wiele osób maluje kwiaty, czy w ogóle rośliny, ale to często luźna florystyczna interpretacja, która oczywiście też jest w porządku, po to jest sztuka, a natura to jedno z wielu źródeł inspiracji do tworzenia. Zagłębiając się jednak w świat ilustracji botanicznej, czyli portretowania natury z niemal fotograficzną poprawnością względem rzeczywistości – artysta musi zwracać uwagę na najbardziej subtelne szczegóły, ponieważ to one świadczą o tym, czy dana roślina będzie tą, którą twierdzimy, że jest.

Ze względu na swoją naturę nie byłabym jednak sobą, gdyby warstwa emocjonalna nie była dla mnie niemniej ważna. Rzadko maluję coś, czego „nie czuję”. Coś musi mnie naprawdę urzec, zachwycić, odkryć przede mną coś nowego, czego nie wiedziałam o sobie. Dzięki temu ilustracja jest czymś więcej, niż tylko botaniczną ryciną, a staje się opowieścią o odkrywaniu piękna w nowym miejscu, pełnym kolorów, form i zapachów. 

archiwum prywatne Magdaleny

Gdyby Twoje ilustracje miały zapach, czym by pachniały?

Bardzo chciałabym, aby pachniały konkretnymi roślinami, które przedstawiają – to byłoby super! Ale mówiąc o takiej stronie typowo romantycznej – może zapachem księgarni? Zapach ziemi po deszczu też byłby na pewno zachwycający. Myślę, że najlepiej, gdyby to była kwintesencja zapachów, które kojarzą mi się z bezpieczeństwem i spokojem, aby dało się to uczucie przenosić na osoby będące odbiorcami mojej sztuki.

Czy estetyka dawnych lat wpływa na sposób, w jaki patrzysz na naturę?

Zdecydowanie tak. Z wykształcenia jestem historykiem, ale zamiłowanie do dawnych epok sięga wcześniejszego okresu mojego życia i wynika przede wszystkim z mojej nostalgicznej natury. Lubię aurę ciepła i przytulności, dbałości o detale przedmiotów i mebli z minionych lat, stąd też inspiracja do zajęcia się malarstwem botanicznym, ze względu na jego korzenie i estetykę, pojawiła się u mnie organicznie.

Myślę, że inspiracja dawnymi epokami powoduje też, że pragnę dopatrywać się detali tkwiących w przyrodzie w taki sposób, w jaki robili to dawni mistrzowie. Staram się spoglądać na rośliny przez pryzmat miłośnika natury, sztuki, nauki i estetyki, a nawet trochę w aspekcie duchowym, jako źródło równowagi i balansu. Wydaje mi się, że dziś jesteśmy bardzo odłączeni od natury, a przez to również zapominamy, jak wspaniałym środkiem regulującym emocje i umysł jest. Choć staram się zbytnio nie romantyzować „dawnych czasów”, wydaje mi się, że przyroda stanowiła kiedyś element oczywistej codzienności i jest to piękne, a tworzenie ilustracji botanicznych było sposobem na zatrzymanie tego, co ulotne, gdy nie można było jeszcze tego sfotografować.

Jakie miejsce w naturze najbardziej Cię wycisza?

Razem z Mężem ogromną miłością darzymy półwysep Helski po sezonie – październik to miesiąc, gdy można spotkać nas tam na spacerach (mnie oczywiście z telefonem w dłoni, ale nie korzystam z social mediów, po prostu ciągle fotografuję przyuważone rośliny). Najprzyjemniejszym doświadczeniem jest dla mnie położenie się na pustej, białej plaży w sztormiaku i chłonięcie tego momentu. Czuję wtedy, że jestem na moim własnym końcu świata. Muszę jednak przyznać, że ogólnie obcowanie z naturą jest dla mnie kojące i czerpię z niej wiele dobrego, nieważne gdzie jestem.

Co jest trudniejsze do uchwycenia: kruchość czy życie rośliny?

Jeśli chodzi o akwarelę jako technikę, daje ona niezwykłą możliwość uchwycenia lekkości roślin. To bardzo delikatna i zwiewna technika, wymagająca jednak praktyki by ten efekt właściwie przedstawić. Uzyskanie kruchości zależy z kolei od charakterystyki konkretnej rośliny. Jeśli chodzi o życie rośliny – tutaj jest tak wiele wspaniałych sposobów na ujęcie cyklu, że ogranicza nas w zasadzie tylko zmysł estetyczny. Myślę, że najtrudniejsze jest przedstawienie rośliny z właściwą danemu gatunkowi precyzją. To wymaga czasu, cierpliwości i dokładności.

archiwum prywatne Magdaleny

Bardziej inspirują Cię dzikie łąki czy uporządkowane ogrody?

Chociaż cenię dzikość łąk (mam swoją jedną, ulubioną!) i spokój lasów, najwięcej przyjemności i inspiracji czerpię z przebywania w ogrodach botanicznych, głównie ze względu na rozmaitość gatunków, i właśnie to uporządkowanie, dzięki któremu mogę doświadczyć wielu z nich naraz. Nie zmienia to faktu, że dla mnie najprostszy spacer jest okazją do zebrania materiału na nowe ilustracje, ale też po prostu do czerpania…hm, no właśnie. Czerpię po prostu przyjemność i dobro, nasycam się tym, że jest to za darmo i otacza mnie na każdym kroku. To najpiękniejsza i najprostsza forma poszukiwania szczęścia i wdzięczności w codzienności i drobiazgach.

Jakie kolory są dla Ciebie najbardziej „czułe”?

W każdym dostrzegam jakąś inną czułość, ale może powiem tak: najwięcej czułości wyzwalają we mnie liście, stąd posunę się do stwierdzenia, że najczulszym kolorem jest zielony.

Czy konkretne rośliny przypominają Ci poszczególne wydarzenia lub najbliższe osoby?

Tak, zwłaszcza te, które opuściły już moją pracownię i trafiły do domów osób, które marzyły by właśnie te konkretne ilustracje były częścią ich przestrzeni. O każdej pamiętam, ogromnie cieszy mnie też, gdy kolekcjonerzy wysyłają mi zdjęcia moich prac w swoich domowych galeriach. To coś niezwykłego. Dwa lata temu miałam przyjemność wręczyć jedną z moich ilustracji Pannie Młodej (Marcie, którą poznałam już wcześniej, a która zachwycała się moimi „Makami islandzkimi”) podczas jej ceremonii ślubnej jako prezent od Męża, jako symbol miłości, która nigdy nie zwiędnie, bo przecież te kwiaty pozostaną niezmienne na papierze. Było dla mnie to szczególne wydarzenie, ponieważ ślub Marty odbywał się w pierwszą rocznicę mojego ślubu. Takich chwil się po prostu nie zapomina, a te Maki Islandzkie zawsze już będą przypisane właśnie jej i tej historii.

archiwum prywatne Magdaleny

Jest wiele kwiatów, które są zakotwiczone gdzieś w moich wspomnieniach, a które wracają do mnie, gdy maluję. Tworzą wówczas w mojej głowie całe obrazy, układają się trochę jak kartki w dzienniku. Mam też przy sobie osobę, która wie, że kwiaty to dla mnie język wyrażający czasem więcej niż słowa, więc nie mogę narzekać na ich niedobór w mojej codzienności, bez okazji. Mój Mąż ukwieca moje życie i jestem mu za to zawsze bardzo wdzięczna, więc siłą rzeczy gdy stoją w domu zawsze myślami krążę wokół niego. 

Podjęłaś również współpracę z Igą Sarzyńską i Twoje prace znalazły się na jej pierniczkach. Co było dla Ciebie najważniejsze w tworzeniu tych projektów – estetyka, emocja czy może opowieść, którą miały tworzyć?

Współpraca z Igą opierała się przede wszystkim na wielkim zaufaniu względem mojego poczucia estetyki i stąd też pozostawionej mi dowolności. W ciągu kolekcji tworzonych z Igą wywiązała się między nami nic przyjaźni i porozumienia, myślę że leżącego między innymi w podobnej estetyce i wrażliwości. Pierwsza kolekcja nawiązywać miała do dziecięcych smaków lata, stąd pojawiły się tam polskie owoce w formie wyjętej niczym z dziennika botanika.

archiwum prywatne Magdaleny

Kolejna kolekcja powstała już na fundamentach wzajemnej sympatii i porozumienia, więc myślę, że zamknęłyśmy w tych pracach opowieść o tym, co nas wzrusza i jest ponadczasowe – o kwiatach, które towarzyszą nam w wyjątkowych chwilach, ciasteczkach, za którymi kryją się lata tradycji w zachwycającym, nowoczesnym wydaniu, i kobiecej radości z tworzenia rzeczy dobrych i pięknych z natury.

archiwum prywatne Magdaleny

Jakie najpiękniejsze „małe” zjawisko natury ostatnio zauważyłaś?

Aaaach! To był malutki listek, który znalazłam wieczorem na chodniku. Wcześniej trochę padało, więc wszystko było mokre, a on „zaświecił” do mnie światłem odbitym w kropelkach. Miał jakieś 4 centymetry długości, a ja wypatrzyłam go z odległości mojego wzrostu. Był zachwycacy.

Chciałabyś na koniec przekazać coś naszym Czytelnikom i Czytelniczkom?

Kupiłam ostatnio książkę „Dary Ziemi” – jej głównym hasłem jest „Czego natura uczy nas o wzajemności”. Bardzo nie mogę doczekać się lektury, bo myślę, że natura jest bardzo dobrą nauczycielką. Kiedyś miałam Panią od matematyki, która była surowa dla osób, które nie wykazywały zbytniej chęci, by chociaż trochę się uczyć. Ja też nie byłam orłem z tego przedmiotu (nigdy), ale widziałam, jak bardzo zależy jej, by nas czegoś nauczyć i sama też chciałam więcej rozumieć. Gdy kiedyś przyszłam do niej po lekcjach, aby poprosić o pomoc, poświęciła mi całą obiadową przerwę by wszystko spokojnie mi wytłumaczyć i dostrzegała moje starania na lekcjach z wielkim entuzjazmem. Dzięki jej postawie naprawdę lubiłam te lekcje i chętniej się uczyłam. Myślę, że podobną nauczycielką jest natura, tylko trochę o tym zapomnieliśmy, albo raczej trochę zbyt mocno wchodzimy jej na głowę. A przecież ona z tak wielką czułością uczy wrażliwości i łagodności. Mam nadzieję, że gdyby przenieść to na kanwę mojego wspomnienia z Panią od matematyki, moje ilustracje byłyby efektem mojej wytrwałości i pracy po jej korepetycjach z dostrzegania i zachwytu zasobami, którymi dysponuje. Póki co świat jest klasą, która eksploatuje kończącą się cierpliwość nauczycielki. Ale ona nadal chętnie uczy, tylko w hałasie i natłoku bodźców trudno jest usłyszeć jej głos. A jej lekcje są naprawdę wartościowe na wielu płaszczyznach.

archiwum prywatne Magdaleny

Zachęcamy Was do obserwowania profilu Magdy na Instagramie.

Zapraszamy także do przeczytania innych Rozmów.